czwartek, 15 stycznia 2015

CIĄŻA - DROGA DO SZCZĘŚCIA CZY POCZĄTEK KOŃCA?

Jest środek nocy, mam zdrowy powód by nie spać - wyrzucam zatem z głowy dawno obiecany tekst o zmianach w moim życiu. Jak wspomniałem działam w porze pełnej aktywności Morfeusza – w związku z tym w sypialni spokojnie śpią żona i mój dwumiesięczny Syn. Uspokajam ciekawskich i formalistów – nie mamy ślubu  a żona dla mnie to stan umysłu a nie formalność – tym bardziej, że owocem naszego bycia razem jest Leon: „ najprawdziwszy skorpion, zdrowy jak byk” – co raportowałem w euforii tuż po narodzinach pierworodnego. Zdrowy, radosny, komunikatywny i wyjątkowo urodziwy – najpewniej po Mamie (bo umówmy się, że nie po mnie – przynajmniej od pasa w górę póki co ;)

Narodzinom poświęcę dalej kilka zdań – tekst natomiast obiecałem poświęcić ciąży. Trochę by odetchnęli Ci, którzy byli mi przez wiele lat życzliwi, a po trosze dlatego by zachęcić do działania tych – znajomych i całkiem nie - którzy z różnych powodów się wahają….

Osławione dziewięć miesięcy oczekiwania, transformacja fizyczna, burza hormonów, zmiany, zmiany, zmiany… straszne czy śmieszne? Tak jak genetyka dowodzi, że nie ma dwóch jednakowych organizmów, tak – zapewne – nie ma dwóch jednakowych przebiegów ciąż… ja mam świetne wspomnienia – końcówkę ciąży obydwoje celebrowaliśmy z rozrzewnieniem wyliczając jej przyjemne aspekty. Moja Pani była do końca aktywna zawodowo, praktycznie samodzielna, radosna i wszystko co chcecie – inna sprawa, ze karmiłem jak tylko własnoręcznie mogłem najlepiej – no, posiłkowałem się czasem zewnętrznymi, ale bardzo zaufanymi źródłami. Zaznaczę, że działaliśmy i działamy w ramach bardzo ograniczonego budżetu – efekty są zatem spowodowane poświęceniem i dobrą wolą zaangażowanych elementów.

Poświęcenie i dobra wola… tak płynnie to wyszło spod pióra… ale zaczynam Wam przytaczać podstawowe elementy, których samiec hedonista (nawet najwrażliwszy) uczy się na nowo w oczekiwaniu na potomstwo. Nie wymaga to specjalnych poświęceń ani wyrzeczeń – uwierzcie ponad 40sto letniemu kawalerowi. Kluczem do sukcesu jest wybór parterki/partnera, miłość i dobra – a przynajmniej rosnąca – forma fizyczna. Dlaczego? – to mój sekret – bo wtedy łatwiej o siłę sprawczą… a o to chodzi w tym wszystkim. Zachcianki kulinarne? Bez dramatu, a i śmiechu przy tym kupa – w szczególności dla ogarniętego kulinarnie i zakupowo faceta. Humory? Da się przeżyć i przewidzieć – choć nigdy w życiu nie dostałem – i nie chce więcej – dostać takiego „opr” jaki zgarnąłem opóźniając powrót z „ostatniego nocnego rajdu po mieście kochanie” – wielki stres, nie warto ryzykować zdrowiem własnym ani dziecka – następnym razem inaczej to zaplanuję (wystarczy do deklarowanej godziny powrotu dodać 4 i wrócić przed – efekt zgoła odmienny;)))))

 Kobieta w takich sytuacjach jest tak nabuzowana hormonami, że atakuje Cie z „potrójną siłą wodospadu” – bez kontroli nad sobą i tym co czyni (co potem ze skruchą przyznaje) - Masakra. Szkoda zdrowia na kopanie się z żywiołem. Ona jest na etapie kreowania nowej istoty ludzkiej – możesz wówczas poznać kwintesencje wszystkich emocji, które zapisane ma w sobie człowieczek. Jeśli skondensujesz to w 20-to minutowej wymiane zdań… - uwierz, że wolałbyś sparing z Tysonem. Myśl, planuj, bądź mądrzejszy, wyprzedzaj fakty, miej dystans, bądź „lwem i lisem” jak mawiał Wieszcz.

Ciąża uczy pokory i reedycji swoich maksym i mądrości wszelakich. Choćbyś miał dumny status posiadacza 3-cyfrowego IQ (wow, Lol, whateva’) i twoje „myczki” sprawdzały się w dotychczasowym życiu – odpuść i zweryfikuj je. Natura bardzo sprytnie dała nam – mężczyznom – 9 miesięcy na zorientowanie się i zredefiniowanie siebie samych. To sporo. Bystrym wystarcza – mniej ogarnięci muszą ciężej popracować – sorry – taka jest kolej rzeczy. Przede wszystkim podczas ciąży w domu musi być „peace, love and harmony” – inaczej rozbuchana hormonalnie kobieta doprowadzi Cię bracie na skraj szaleństwa – a zabijać się nie będziesz bo świadomie nie płodziłeś sieroty. Jeśli nie wykończy Cię ciąża, to zabije Cię ojcostwo. Spokój i harmonia w ciąży to zdrowe i pogodne dziecko. Moje nie płacze – jest komunikatywne i stroi wesołe minki. Mogę pospać i nie mogę się od niego odkleić. Z braku wiedzy i z szacunku dla wielu par – pomijam kwestie związane z patologiami ciąży. Mam swoje zdanie, ale nie artykułuję go. Życzę wszystkim jak najlepiej: dobierajcie się rozumnie, z sercem i pielęgnujcie to!

Zbliżam się ku końcowi – jest 7-my miesiąc… dotąd żyłem w przeświadczeniu, że będę miał córkę. Myślałem: „Moja Kobieta jest taka słodka i dziewczęca, jak patrzę na nią widzę córkę – niech będzie – pies trącał to wspólne granie w piłkę”… koleżanki  wtórowały: „dziewczynki są milsze; będzie ci słodko” – no to ekstra – wchodzę w temat... Aż doszło do USG w 7-mym miesiącu – dotąd byłem utrzymywany w przekonaniu, że „raczej córka” (no comment) – i lekarz mówi: „córka???!!! Z takim fiutem??!!!” aż podskoczyłem z zaciśniętymi pięściami a moje „Yesss!!!” było słychać na korytarzu – jednak to wspólne granie w piłkę zwyciężyło….;)

Później już z górki i moje najfajniejsze skojarzenia…. wiązanie butów. Dla mnie to kwintesencja ciąży – symbol poświęcenia, pokory i cierpliwości. Wiążesz buty przyszłej Mamie – czy jest coś bardziej rycerskiego i znamionującego nadchodzące zmiany??? Niedługo małemu glutowi będziesz wiązał, uczył, poprawiał…. to naprawdę da się lubić.

Poród jest pierwszym kontaktem człowieka z "polityką prorodzinną państwa". Uwierzcie mi na słowo, aby nie przedłużać tego postu, a poświęcę tej tematyce kolejny krótki wpis – tytułem vademecum/modus operandi. Potem - na szczęście -  jest ciut lepiej, ale tylko w przypadku, jeśli urodzi Ci się zdrowe dziecko. Ze szczęścia nie zjadłem wszystkich rozumów – wyobraźnia działa – życzę Wam zdrowych dzieci, bo w tym kraju trzeba być zdrowym, by cieszyć się życiem.


I co? Morfeusz niebawem będzie kończył szychtę, więc muszę się i ja na chwile położyć, a Wam życzę wszystkiego dobrego w Nowym 2015 Roku – no i jeśli nie macie jeszcze dzieci, to je róbcie – tylko najpierw weźcie się za swoje życie i siebie samych, by robiąc dzieci – dać z siebie to co najlepsze. Siła!

Wszelkie prawa zastrzeżone ;) 

poniedziałek, 20 maja 2013

Dobry clubbing znika w trzech słoikach...

W mediach drukowanych bądź elektronicznych, co jakiś czas pojawiają się artykuły traktujące o przyczynach degrengolady sceny klubowej - kiedyś, podobno, jednej z lepszych w Europie. Widać temat ważki społecznie i atrakcyjny...


W odpowiedzi, czy też jako uzupełnienie, popularnych i szeroko komentowanych wypowiedzi „ekspertów od klabingu”, postanowiłem wyartykułować swoje zdanie – równie „eksperckie”;-)
Przyczyn regresu „gatunkowego clubbingu” w PL upatrywałbym co najmniej dwóch: społeczno – ekonomicznej oraz technologiczno - cywilizacyjnej. 

Należy przede wszystkim mieć świadomość, że clubbing wysokiej jakości to rozrywka stricte wielkomiejska, przeznaczona dla tzw. miejskich liderów opinii czy też trendsetterów. Osób o określonej pozycji społecznej, niekoniecznie statusie ekonomicznym, ale - koniecznie  - wrażliwości, kreatywności i poczuciu estetyki oraz wynikających z nich potrzeb spędzania wolnego czasu…

To z tych cech osobowościowych wynikała wyjątkowa atmosfera w warszawskich klubach końca XX i początku XXI wieku. Ludzi łączyła chęć przeżywania czegoś wyjątkowego podczas parkietowego szaleństwa przy muzyce innej niż wszędzie. Byli to często ludzie o różnym statusie zawodowym czy majątkowym, ale parkiet i fanatyczne uwielbienie muzyki – czyniły wszystkich równymi. Oczywista i nierozerwalna z ideą klubu hermetyczność i selektywny dobór publiczności ujmowane były w mechanizmach promocji programów klubowych: kanałem towarzyskiego wtajemniczenia(czyli dzisiejsze word of mouth), przez rekomendacje (weryfikowaną przez właścicieli klubu) do wyselekcjonowanych działań z użyciem mediów włącznie (vide np. rola Radiostacji czy pierwszego portalu – clubbing.waw.pl dla rozwoju  i popularyzacji clubbingu w stolicy).

Należy również uczciwie stwierdzić, że piszemy głównie o scenie klubowej w związku z fenomenem „House Music”(i gatunków pokrewnych) , który to nadawał ton wydarzeniom w najlepszych lokalach. Nieco oddzielnym zjawiskiem były techno-party w innych niż kluby – lokalizacjach.

Muzyka i dj były głównymi powodami, dla których szło się do klubu. Lokali serwujących „właściwy” rodzaj muzyki było niewiele – jak dzisiaj. Warszawa miała swoją Piekarnie i kilka innych miejsc, które na mapie stolicy istniały - w omawianym wymiarze  - krócej  bądź całkiem krótko (Tam-Tam, Stereo, H2O, Palmiarnia, Muza). Sopot – od którego powinienem był zacząć – miał pierwszy klub tego rodzaju w Polsce – niedościgniony Sfinks. Do Krakowa jeździło się na legendarne imprezy organizowane w Galerii Krzysztofory, potem przez chwile do klimatycznego Electric Cafe’, Miasta Krakoff czy wreszcie Prozaku. Tempo rozwoju sceny w grodzie Kraka było wolniejsze – krakowskie po prostu. Poznań pojawił się na scenie jako "czwarta siła" - z ofertą Eskulapa i spadkobiercy jego tradycji - SQ. Katowice czy Wrocław pozostały nieco na uboczu „wielkiej klubowej sceny”(z wyjątkiem imprez masowych - np.Mayday). Podobnie Łódz – ale to w wyniku jej skupienia na niszowym wówczas nurcie drum and bass i breakbeat. Znakomite imprezy organizowane były cyklicznie w Toruniu i były owocem pracy znakomitego kolektywu, który funkcjonował tam w latach '90. Nie udało się chyba jednak przełożyć wyników tej pracy na stałą scenę klubową - lokali serwujących  regularnie okresloną jakość rozrywki czy też djów, którzy byliby rozpoznawalni szerzej niż lokalnie.

Dje i organizatorzy byli otoczeni „nimbem tajemniczości”  na równi z …właścicielami klubów. Ci ostatni to zazwyczaj osoby najwyższej kultury, z predyspozycjami do wykonywania zawodu „właściciela klubu”, obyci profesjonaliści z odpowiednimi kontaktami i doświadczeniem. Rzadkość w kraju gdzie biznesowi na wszelkich poziomach towarzyszą "bazarowo – agrarne" zwyczaje.

Pozostałe lokale w ww. miastach to były dyskoteki, oferujące popularną muzykę taneczną –. Elitarny klub z dobrą muzyka klubową konkurował z kilkoma lokalami oferującymi tzw. mainstream. W tym wymiarze zatem – moim zdaniem niewiele się zmieniło. Mniejsza bowiem była grupa odbiorców nocnej rozrywki.

Żeby nie zwiększać wolumenu wypowiedzi oczywistościami – przejdę do przedmiotowych przyczyn upadku. Wzrastająca popularność tej formy rozrywki, spowodowała zainteresowanie się nią mediów.
Dj, właściciel klubu czy nawet selekcjoner – urośli w tym szumie do rangi jeśli nie celebrytów, to z pewnością do miana osób, z których zdaniem należy się liczyć. Zwracam uwagę, że mówimy o realiach Polski wolnorynkowej, kraju nadrabiającego „społeczno-ekonomiczne zaległości” wynikające z zaszłości historycznych. Ich głównym efektem jest brak tradycji, a objawem „zachłyśnięcie się” efektownymi zjawiskami – którym na pewno w jakiś sposób clubbing pozostaje. Blichtr nocnego życia, bycia rozpoznawalnym i poczucie przynależności do „wybranej” grupy. To do dzisiaj działa na wyobraźnie. Ten element próżności jest nierozerwalnym składnikiem tej branży od zamierzchłych czasów.

Medialność zjawiska, spowodowała zainteresowanie nim różnej maści biznesmenów – którzy przekonani,  że „to się opłaca” –  pojawili się na rynku rozrywki nocnej. I tutaj widzę duży związek między dzisiejszą jakością rozrywki nocnej w Warszawie (pisze jako warszawiak)  a estetyką, która doprowadziła do pojawienia się w mediach neonowych, konkursowych „trzech słoików”.

Otóż – sytuacja ekonomiczna spowodowała napływ prowincjonalnej ludności do stolicy. Dla jednych to smutne, dla innych wstydliwe, jeszcze innych drażliwe czy obraźliwe – pozostańmy przy tym, że to społeczno ekonomiczny fakt. Ostatnie 10 lat to masowy napływ ludności wiejskiej i małomiasteczkowej do Warszawy przede wszystkim (w mniejszej skali zjawisko to dotyka również kilku innych miast centralnych). Powstała nowa grupa: przyjezdni. W pewnych sferach aktywności – np. nocne życie – stali się oni bardziej aktywni, i to im gustom schlebia teraz rynek. O ich uwagę zabiegają właściciele lokali.

Ponieważ nie ma jednego kanonu estetyki dla ludzi pochodzących ze środowiska wielkomiejskiego i dla tych przyjezdnych, lokale serwujące program dla tych pierwszych, zaczęły przeżywać kryzys, gdyż dodatkowo – te dwie grupy społeczne, nie bardzo potrafią funkcjonować w przestrzeni jednego lokalu a serwowanie repertuaru „dla wszystkich” nie zdaje egzaminu.

Mamy do czynienia z masową rozrywką dla ubogich – dosłownie i w przenośni. Pauperyzacja kultury jest ewidentna na każdym polu działalności człowieka AD2013. W wyniku kryzysu ekonomicznego ludzie biednieją materialnie, a na dodatek masowy odbiorca w mieście to dzisiaj – najczęściej – przyjezdny, którego potrzeby i gusta są inne z definicji niż potrzeby i upodobania ludności rdzennie wielkomiejskiej.

W dzisiejszych czasach każdy może otworzyć "klub". Każdy amator, bezguście, beztalencie i bez pojęcia - byle miał pieniądze i chciał. Z drugiej strony sam fakt nie jest naganny (jak efekty) – mamy przecież wolny kraj i wolny rynek. Pewne działalności są jednak koncesjonowane i wymagają specjalnych uprawnień – może to pomysł na podniesienie poziomu nocnej rozrywki w Polsce? Nasz bohater bowiem inwestuje pieniądze zarobione w innej branży lub pochodzące ze zdolności kredytowej i oczekuje efektów od razu. Bo zainwestował.   Dochodzi więc do zaniżania standardów pracy. To naturalne jeśli zajmują się sprawą dyletanci (Anglicy pięknie to ujmują: „wannabies”) a nie predestynowani  lub doświadczeni profesjonaliści. W konsekwencji dochodzi do pauperyzacji obyczajów w kwestii oferty artystycznej jak i funkcjonowania całej branży. Amator bowiem zatrudnia podobnych sobie amatorów, ale gorszych od siebie(muszą być jego podwładnymi przecież), i każe im pracować wg swoich standardów. Efekt jest osiągnąć najszybciej – kierując ofertę do odbiorcy masowego. I tu koło się zamyka….

Tu dochodzimy do elementu społeczno-technicznego. Ludzkość "zgłupiała", stała się płytsza, mniej wnikliwa, mniej zaradna. Zadowalająca się tym co postęp cywilizacyjny oferuje. Wygodnie i bezpiecznie podtyka pod nos. Dotyczy to troszkę każdej dziedziny – w tym muzyki i rozrywki klubowej. Blisko 10 lat ewolucji narzędzi reklamowo-promocyjnych oraz komunikacyjnych: sms, mms, chat, gadu, telewizja, radio, multimedia, Internet – portale społecznościowe… Coraz gorzej i mniej skutecznie dociera się do ludzi z wartościowym komunikatem, z jakąkolwiek „prawdą”. Dominują szybkie „call to action” i hasła stylizowane na skandalizujące, krótkie i intensywne. Wyłączające myślenie, inwencje i kreatywność.

W wymiarze klubowym postęp – czy też degrengolada, miały następującą kolejność. Najpierw zaczęto publikować playlisty z setów djskich. Początkowo była to wiedza tajemna i dostępna dla bardzo wąskiego grona. Czyniło to profesje Dja – zawodem elitarnym, dostępnym dla ludzi mocno predestynowanych i zorientowanych – w historii muzyki, w jej odmianach. Wszystko było potrzebne by dotrzeć do właściwej płyty winylowej (za granicą oczywiście choć i w Polsce pasjonaci walczyli z rzeczywistością próbując inicjować dystrybucje wartościowego winylu). Popularyzacja tej wiedzy zwiększyła ilość dj'ów na rynku a więc wprowadziła element konkurencji – z jej dobrymi i złymi stronami. Zaraz potem cywilizacyjny postęp spotęgował to ostatnie zjawisko poprzez popularyzacje, potem zdominowania rynku przez płytę CD – jako podstawowego nośnika. Nie dość, że tajemnicze zjawisko już stało się wiadome, odkryło tajemnicę, to teraz stało się jeszcze łatwiejsze w dostępie i obsłudze. Wszystko prowadziło do zwiększania ilości lokali oraz młodych ludzi wykonujących „zawód dja”. Powyższe na tle napływu przyjezdnych. To nie segregacja tylko fakt społeczno – naukowy. 

Dla dzisiejszych klubowiczów nie liczy się muzyka tylko bywanie, pokazywanie się, przeżywanie clubbingu tylko w tej jego powierzchownej i próżnej sferze. Lista VIP, alkohol – najlepiej za darmo, drogie ciuchy, raca w butelce szampana. Dzisiejszy clubbing to udawanie kogoś innego, lepszego. Muzyka, której do tego potrzebuje dzisiejszy klubowicz to komercyjna papka ze sformatowanej rozgłośni radiowej, szeroko rozpoznawalna i najlepiej, żeby była do ściągnięcia na telefon...Dzisiejszym trendsetterom w Polsce - do wartościowego undergroundu nawet nie chce się dokopać. Są na to zbyt powierzchowni. 

W dobie digitalizacji wszystkiego oraz szerokiej dostępności przez Internet – skurczyła się granica między  twórcą a  prawdziwą sztuką. Szeroko dostępne są programy do produkcji muzyki, Internet daje możliwość zaistnienia „dziełom” które kiedyś nie miałyby szanse na zaistnienie, które daje im ogólne zubożenie kulturowe i – kierowana szybką chęcią zysku – tendencja do schlebiania niewybrednym gustom. W łatwy sposób dystrybuowana jest "tandeta dla ubogich".

Dzisiejszy dj nie zna 40stu lat historii muzyki klubowej, nie zna znaczących postaci w jej historii ani nie ma predyspozycji do puszczania muzyki, którą często poznaje ściągając ją na telefon. Schlebianie masowemu gustowi zabiło w dj’ach instynkt odkrywcy i odwagę będącą podstawą jego zawodu –  odwagę i obowiązek proponowania muzyki. Dzisiejszy Disc Jockey nie kreuje rzeczywistości – odtwarza jedynie preferencje mało wysublimowanej publiczności. Dzisiejsze kluby to nie kluby – to dyskoteki używające nazwy „klub” by podnieść prestiż w pozycjonowaniu się na rynku. Niczego nie kreują a kreatywność była właśnie domeną prawdziwych klubów. Jazz, Rock, Soul, Funk, Disco, House i Techno…powstały właśnie w klubach, które były jednostkami kreatywnymi – w opozycji do tego co oferował ówczesny mainstream. Dzisiaj kluby niczego nie tworzą – nawet standardów pracy…

Gdzie ludzie głębsi, bardziej wrażliwi,  świadomi ? Cóż, mają swoje lata i dorosłe tematy (praca, rodzina, kredyt do spłacenia), są w mniejszości, swoje już przeżyli , maja inne zainteresowania: rower, jogging, siłownia, i zamiast tworzyć scenę - przeżywają wspomnienia na facebooku publikując ulubione utwory lub miksy....

Z pewnością są ludzie młodzi o innych, wyższych wymaganiach (świadczy o tym zjawisko tzw. hipsterstwa) ale oni są ewidentnie w mniejszości i im rynek niewiele oferuje. Nieco kontestując rzeczywistość – zadowalają się więc surowymi warunkami, które oferują „ich” lokale. 

Sukces prawdziwego, jakościowego  klubu trzeba wypracować. Określić program klubu – czyli  wokół czego to ma się kręcić. Zarazić ludzi,  i kolejnych, i następnych. to trwa – a czas oznacza pieniądz. Dużo czasu = dużo pieniędzy a tego biznesowa logika nie znosi w Polskich realiach gospodarczych. 

Nawet super hiper extra ambitny klub to przedsięwzięcie komercyjne. Potrzebuje siedziby - jakiś czynsz trzeba zapłacić. im lepsza lokalizacja tym kosztuje więcej ( w Warszawie – abstrakcyjnie dużo za dużo) ale ma większe szanse być często, "gęściej" uczęszczany. Potrzeba mediów - rachunki. Obsługa - pensje. Wyposażenie - koszty. Jakaś sprzedaż - potrzebna aprowizacja. Program - gaże dla artystów. promocja - trzeba załatwić, wyprodukować - też koszty. Trzeba też to ująć w ramy czasowe i tak powstaje okresowy budżet. Na „miłość do muzyki czy piękne oczka” nic nie dają. Na koniec miesiąca trzeba excel zamknąć i dobrze, żeby się zgadzało. A, że temat wymaga wiedzy i poświecenia to byłoby super, żeby ten co tak to świetnie zorganizował (czas i zdrowie poświęcił) - też zarobił. A nie tylko dał zarabiać innym....

Dla mnie osobiście – wysokogatunkowy klub świadczy o naszym mieście. Świadczy o naszym stopniu ewolucji. To gdzie, przy jakiej muzyce i w czyim/jakim towarzystwie „tańczymy” – świadczy o nas tak samo jak czyste ręce, obcięte paznokcie, zachowanie przy stole, schludny wygląd czy dbałość o język ojczysty.

My uczestnicy sceny, dje, organizatorzy..10 lat temu myśleliśmy że w dzisiejszych czasach w Polsce będzie Ibiza. Rozpoznawalne, popularne, masowe zjawisko: „peace, love and good music everywhere” - nad tym pracowaliśmy. Nastąpił regres – historia zatoczyła koło. Jesteśmy w punkcie wyjścia albo i wcześniej. Jest gorzej niż było. Z przyczyn ekonomiczno-politycznych, społecznych czy cywilizacyjno technicznych. …Ponieważ ryba psuje się od głowy – to  i my nie pozostajemy bez winy…..

Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl

czwartek, 16 maja 2013

Moje Miasto to nie 3 puste słoiki


Wot pauperyzacja kultury: Od „3 kolory – niebieski” do 3 słoików… 
W konkursie na neonowy symbol współczesnej Warszawy wygrała estetyka przyjezdnych.... 3 słoiki....

Finałowy konkurent: "+48 22" był dużo lepszy: ujmuje bowiem dystans (dosłownie i w przenośni ;-)) i międzynarodowość; jest w jakiś sposób finezyjny, prosty acz inteligentny. Że wspomnę również o "Miło Cie Widzieć" czyli "nice to see you", który zawieszony na Moście Poniatowskiego - kapitalnie ożywiałby nadrzeczne okolice.  A wygrała.... rustykalna symbolika.

Z całym należnym (historycznym) szacunkiem dla tych, co "żywią i bronią" (i słoiki peklują;-)). Tym razem jednak zagadnienie dotyczy estetyki, a ta w kraju stricte rolniczym jest wiejska. Próżno dopatrywać sie francuskiej finezji czy włoskiej fantazji - mimo całego zadęcia. Kiedyś mówiło się:  "róbcie dzieci, bo nas chamstwo zaleje" - nim sie obejrzeliśmy - to właśnie nastąpiło. Kolejne Rządy wykończyły (pardon – sprywatyzowały;-))  przemysł, teraz wykańczane jest rolnictwo - w związku z czym masy młodych z małych miast i miasteczek oraz wsi - prą do dużych aglomeracji, gdzie robią przewagę liczebną na rynku pracy i to ich gustom zmuszony jest schlebiać rynek. To co nas otacza to estetyka ubogich i dla ubogich (tyle, że kulturowo, duchowo a nie ekonomicznie).

„Chamstwo" - inaczej chłopi, lud. Wszyscy jesteśmy Polakami? Owszem. Jesteśmy też wszyscy dziećmi naszych rodziców czy nawet Matki Ziemi. Tym niemniej podział na miasto i wieś jest obecny w kulturze od zawsze. Te dwie estetyki raz były sobie bardzo bliskie - nazywało się to "chłopomanią" i wystąpiło krótko w XIX wieku. Polityka państwa polskiego po II wojnie światowej doprowadziła (z premedytacją) do przemieszania środowisk wiejskich z miejskimi. Celem było stworzenie przewagi "aktywu robotniczo-chłopskiego" jako przeciwwagi nad elektoratem miejskim tzw. inteligenckim, którego nie wybiła wojenna zawierucha, a Sowieci nie zdołali przesiedlić, wysiedlić, wywieźć ani do "pudła" zapakować. Stąd występowanie w miastach rustykalnych "iż" lub "żem" . W porządnych szkołach podstawowych (!) i liceach - piętnowanych jako form niepoprawnych, stosowanych przez ludzi niewykształconych, nieobytych, prostych, z ludu - ze wsi. Nie deprecjonuję oczywiście znaczenia artystów pochodzenia wiejskiego dla światowego dorobku kulturowego, ale myślenie, że obecnie mamy do czynienia z najazdem artystów jeno i geniuszy wszelkiej maści - wydaje mi sie idealizowaniem środowisk wiejskich. Wieś w ogólnej masie jest biedna – w PL tak było, jest i będzie - to ubóstwo pcha ją do miasta. Żałosnym jest uleganie mechanizmom wyścigu szczurów, w czym ludność ta przoduje, zniżając sie do poziomu niegodnego człowieka kulturalnego. Przykre, że kraj o takim potencjale rolniczym marnuje się. Najpierw nam wyprzedano przemysł, a teraz rujnuje się wieś - stąd exodus prowincjonalnej młodzieży  do miast. Tym niemniej dyskurs nie ma charakteru ekonomicznego, tylko o estetyce była mowa. Kwestie estetyki, poziomu potrzeb, rozrywek, preferencji i gustów - są już tylko konsekwencją. Nie ma jednego kanonu estetyki dla ludzi pochodzących ze środowiska wielkomiejskiego i dla tych przyjezdnych. To nie segregacja - to fakt naukowy.

W dobie zubożenia obyczajowego (spowodowanego m.in. ruchami migracyjnymi) nie zauważamy ważkości pewnych spraw. "Każdy może przyjechać do Warszawy" - niestety prawda. "I jeśli jest lepszy, zdolniejszy to ma prawo dostać pracę" - byłoby to w pełni do przyjęcia i nawet godne poklasku. Prawda jest jednak taka, że ci którzy przyjeżdżają nie są lepsi ani zdolniejsi. Są tylko bardzo zdeterminowani i jest ich WIĘCEJ - ich godzenie sie na warunki poniżej rynkowych realiów (tworzenie nowej – mniej rentownej rzeczywistości) poniżej godności (pracujesz „x” czasu na określonych warunkach i nagle masz robić to samo albo więcej za mniejsza kasę, bo jak nie, to cię „słoik” wygryzie), poniżej kosztów utrzymania się…

SKĄD sie wziął rzeczony SŁOIK? To symbol prowiantu, który przyjezdni dostają od rodziców ("żarcia" w słoiku dosłownie i kasy od rodziców), dzięki którym są w stanie utrzymać sie w Warszawie, bo za pensje na które się godzą (dumping pewnego rodzaju) nigdy by ich nie było na to stać. Zaniżają warunki pracy, a pracodawcy mają z tego używanie, bo tych przyjezdnych-uległych jest więcej niż ludzi, którzy żyją w mieście i poniżej pewnych stawek nie godzą sie pracować...
Ja to tak widzę i myślę, że sie specjalnie nie mylę, co nie zmienia faktu, że wiele osób wśród przyjezdnych to zdolni, sympatyczni, kulturalni i urodziwi ludzie. To nie oni jednak generują zjawiska (choćby nepotyzm!), które budzą kontrowersje i dzielą społeczeństwo.
 
Konkludując – jestem przeciwny „3em słoikom”,  jako symbolowi smutnych czasów. Kariery po trupach, sukcesu za wszelką cenę, parciu na kasę bez względu na cokolwiek, braku zasad i zubożeniu ogólnemu. 

Znamienna jest nawet ilość rzeczonych słoików, nota bene pustych… Jak przystało na czasy – niepodzielna…


 
Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl

czwartek, 9 maja 2013

Jesień na Żoliborzu (napisano w listopadzie 2012)

 
Jesień na Żoliborzu

Żoliborz błyszczy złotem jesiennych liści
Drzewa dostojnie te szaty noszą
W parku kasztany i jarzębina
Dzieci rodzicom suszki przynoszą

Ptaki kluczami kierunek obrały
Wrócą gdy zieleń aleje wypełni
Szelest listowia miast piasku na stopach
Brudnych włóczęgą i tańcem o świcie
Cieszy tu życie

Mgła znów spowija lata wspomnienie
Żar z nieba i ciała na rok znów marzenie
Kwieciste place i ławki w alejach - puste dziś
- tęsknią za dziatwy radosnym szczebiotem

Znowu dziewczęta zniewolą dekoltem
Nozdrza wypełnia dym melancholią
Oczy błysną płomieniem ogniska
Powązki zaś znowu zakwitną magnolią

 Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl

środa, 4 lipca 2012

Trener Smuda - żal i obłuda czyli koko-koko Franz nie spoko

Szczęsny – nieszczęsny, dostał po łapach za swoje aroganckie wypowiedzi przed turniejem. W zaciszu domowym może teraz rozważać co dały jego „interwencje”. Niestety, ale klasyczny przykład „sodówy”. Informacje o zainteresowaniu jego osobą przez Inter – wkladam na półke z hitami sezonu ogórkowego Tytoń – nie sledze ligi holenderskiej ale z przyjemnością „odkryłem” tego bramkarza. Solidny i wyważony w wypowiedziach. Skoro posadził na ławce PSV Isakssona – również na Euro w barwach Szwecji, to jest to najlepsza rekomendacja. Strach pomyśleć jak marnie byśmy wyglądali gdyby nie obronił karnego w meczu otwarcia…. Boenish – jeden strzał na bramke (Czechów) w trzech meczach – za mało jak na takiego „kozaka”. Mam wrażenie, że popularny „Warzywniak” wniósłby więcej animuszu w poczynania ofensywne a i w defensywie nie wypadłby chyba gorzej. Perquis – nie taki łokieć straszny. Zważywszy na wynik drużyny, żadnego z występów naszych reprezentantów nie można uznać za udany. Damien może jednak uznać, że swoje zadanie wykonał z należytą starannością. Podobało mi się, że śpiewał – na głos – hymn. Ujęło wzruszenie po meczu z Czechami – widać, że chłop łaski nie robi. Wasilewski – z boiskowego zabijaki z prawej obrony na spokojnego skutecznego stopera. Misja wykonana. Inaczej byśmy na niego patrzyli, gdyby Szczęsny nie wyszedł do bezsensownej piłki w meczu z Grecją. Wasyl robił swoje. Dodatkowo, był chyba jedynym, który na gorąco odważył się kwestionować, że „nic się nie stało” Piszczek – mnie osobiście zawiódł. Nie widziałem w jego grze cech zawodnika, którym interesują się Real, Inter czy Chelsea – kolejny farmazon sezonu ogórkowego. Zawodnik z taką – podobno wyjątkową – inklinacją do gry ofensywnej, przeszedł niezauważony, a w ostatnim meczu z Czechami – młody Pilarz objeżdżał go jak chciał…. Murawski - bez komentarza bo poniżej krytyki. Jeśli zdjęcia jego „muskulatury” są prawdziwe to wystawianie go z resztą drużyny jest dywersją i działaniem na szkode. Po co praca nad motoryką i przygotowaniem fizycznym z zagranicznym specem, skoro wstawia się takiego „obwiesia”?Strata i bezskuteczna pogoń za Czechem, potem nieudany wślizg – wręcz symboliczne. Jeden celny strzał w meczu z Grecją, to chyba za mało jak na takiego boiskowego „inteligenta”. Dramat – jeden z głównych winowajców. Zero kreatywności w ataku – a na mił – zdaje się – rozrywac obrony prostopadłymi piłkami ze srodka pola…. Polanski – dał z siebie wszystko, grał z poświęceniem na granicy faulu i własnej kontuzji. Niewiele można mu zarzucić w kontekście „popisów” kolegów z drużyny. 50cm zabrakło by strzelił ładnego gola z Rosją…. Dudka – na swoim poziomie solidnej destrukcji. Gdyby nie jego ostre interwencje Czesi mogliby nas mocniej sponiewierać, był bowiem w tym meczu tam, gdzie koledzy nie dawali rady…. Rybus – a mieliśmy nadzieje, że będzie jednym z objawień turnieju. Kompletnie niewidoczny. Lewe skrzydło naszej reprezentacji nie zaistniało na tych mistrzostwach ( Pół godziny Grosickiego z Czechami potwierdza te opinie) Mierzejewski – kuriozalny i rekordowy zarazem transfer z Polonii do Trabzonu i…tyle tego. Wiele mówiła jego mina gdy wchodził w meczu z Rosją – bladozielony i przestraszony. Tym niemniej zagrał przyzwoite 15 minut, stworzył jedną sytuacje i …zniknął. Tak jak znika z piłkarskiej Warszawy Polonia…smutne. Obraniak – mieszane uczucia. Nie pokazał tego do czego w kadrze przyzwyczajał. Wszystkie stałe fragmenty niecelne, nie brał udziału w grze, nie stanowił wsparcia w ataku, ani niewiele działał w obronie. Nie trafił z formą czy zadanie go przerosło? Błaszczykowski – kilka rajdów, jedna asysta, jeden (piękny) gol. Występ poniżej oczekiwań – czy powodem była słaba postawa Piszczka (zwykle współtwórcy działań ofensywnych prawego skrzydła), brak odpowiedniego wsparcia kolegów(pare razy odniosłem wrażenie jakby reszta drużyny nie nadążała kondycyjnie za trio z Dortmundu) czy też niewłaściwe zaangażowanie i koncentracja? Casus z biletami nie na miejscu. Nie jestem przekonany czy Kuba jest najwłaściwszym kapitanem dla drużyny, która musi gryzc trawe. Lewandowski – ma powody do frustracji. Strzelił pięknego gola, było widać, że był w formie. Zabrakło asyst, kreatywności i ruchu w ataku – po prostu graliśmy zbyt defensywnie a Lewy musi mieć przestrzeń i wsparcie. Szkoda go, ale i sam spudłował co najmniej raz w sytuacji w której nie powinien. Składam to jednak na karb emocji….młody jest – nauczy się jeszcze. Studziłem zapędy do robienia z niego napastnika klasy światowej. Papiery ma – potrzeba czasu, pracy, pokory i doświadczeń…. Franz Smuda – jedynym jego sukcesem jest wyeliminowanie Rosji…;) Oszukał społeczeństwo – obiecał ofensywną gre a wystawiał defensywne sklady. Okazał się mitomanem i arogantem. Bał się zaryzykować i nie pokazał nowoczesnego futbolu. Gdyby takie wyniki osiągnęła kadra z Borysiukiem(obok Polańskiego) i Żyrą oraz Wolskim (zamiast Obraniaka, Rybusa czy Mierzejewskiego) to miałbym mniejszy żal a trener większe pole manewru, młodzi zawodnicy zaś – nie przynieśli by wstydu a i doświadczenie by zyskali. Zupełnie nie wykorzystał ofensywnego potencjału drużyny i popisła się karygodnymi brakami w trenerskim rzemiośle – nie potrafił dostosować zmian do sytuacji na boisku oraz zawalił przerwy w meczach z Gracją i Czechami. Tak zmotywował zawodników, że na drugie połowy wychodziły zupełnie inne drużyny – choć w tych samych skladach. Nóż w kieszeni się otwiera na myśl, że za taki wyczyn skasował 5 mln zlotych….Szczytem bezmyślności, arogancji i ogólnego tumaństwa jest stwierdzenie post factum, że nic by nie zmienił gdyby miał to zagrać jeszcze raz a wykluczenie Greka zaskoczyło zawodników….

czwartek, 16 lutego 2012

BANGKOK – MASAŻE, TUNING, WIEŻOWCE I KULINARIA






W styczniu doskonałym kierunkiem dla Polaka szukającego relaksu, jest Bangkok. Sporty zimowe polecam ich amatorom od przełomu lutego i marca do kwietnia – wówczas regeneracja następuje nie tylko na płaszczyźnie aktywności fizycznej na stoku ale również dzięki dobroczynnemu działaniu słońca.

W oczekiwaniu na ten okres – gorąco polecam wycieczkę do stolicy Tajlandii – Bangkoku. Najbardziej uciążliwym elementem podróży jest czas jej trwania. Przy optymalnie skonfigurowanych przelotach – 15 godzin (dwugodzinny lot do Frankfurtu a potem 11 godzin do miejsca przeznaczenia). Długa podróż ma swoją jedną zaletę – mniej więcej w połowie drogi można zobaczyć jeden z cudów przyrody: wschód słońca nad Himalajami. Samolot leci na wysokości zbliżonej do 12tys metrów – stąd widok na „Dach Świata” jest jednym z elementów totalnej relaksacji, która czeka nas w Bangkoku. Himalaje z tej wysokości wyglądają obłędnie – trochę jak pomięta, spiętrzona gazeta czy papier mache – jest to widok niezwykle sugestywny.
Przedsmak tego co nas czeka w Bangkoku doświadczamy już na pokładzie samolotu Thai Airlines. Wyjątkowo miła obsługa wprowadza pasażerów w błogostan maksymalnie niwelujący uciążliwość długiego lotu. Z drugiej strony - podróż może być gratką dla amatorów techniki, gdyż Tajski przewoźnik dysponuje tym co w przemyśle lotniczym najlepsze – podróż w jedną stronę najnowocześniejszym Boeingiem 787 – Dreamliner. Z powrotem kultowym 747 – „Jumbo”)

Bangkok pod koniec stycznia wita słońcem, uśmiechem, soczystą zielenią, dużą wilgotnością i temperaturą na poziomie 30 stopni Celsjusza. Wg. Międzynarodowej Organizacji Meto– jesteśmy w najcieplejszym mieście świata.

Alergikom radzę pamiętać o zabraniu stosownych preparatów. Przeskok z mroznej Polski do wilgotnej, upalnej i wiosennej Tajlandii – owocuje natychmiastowym pojawieniem się intensywnych objawów, które nękają nas zazwyczaj od kwietnia do sierpnia.

Nowoczesne, duże lotnisko międzynarodowe oddalone jest od miasta o jakieś pół godziny jazdy. Zmierzając w stronę hotelu – od razu zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w wielkiej metropolii (Bangkok liczy blisko 11 milionów mieszkańców). Polaka urzeka od razu system drogowy. Aby rozwiązać problem korków – 25 lat temu wybudowano system wielopasmowych dróg, które wiją się na wiaduktach – niczym arterie dostarczające energii muskularnemu City. W słoneczny dzień, na tle błękitnego nieba – ilość drapaczy chmur robi wrażenie, a ich fantazyjna architektura zapiera dech w piersiach. Jesteśmy ewidentnie w stolicy dość zamożnego i cywilizowanego kraju.

Bangkok – miasto motoryzacji i świetnych dróg

Komunikacja odbywa się na czterech poziomach: metro, szerokie aleje krzyżują się z wąskimi uliczkami, nad nimi dumnie prężą się wiadukty z kilkupasmowymi drogami szybkiego ruchu(płatne) oraz Sky train – kolejka nadziemna – duma mieszkańców Bangkoku. Jej oddzielna nitka łączy City z lotniskiem.

Na ulicach odbywa się prawdziwy motoryzacyjny pojedynek. W Bangoku jest blisko 5 milionów samochodów. Mimo to ruch uliczny jest płynny a korki w godzinach szczytu (nieuniknione) upłynniane są bardzo sprawnie. Rynek, zdominowany jest bardzo wyraznie przez motoryzacje Japońską. Toyota Yaris i Honda Jazz wiodą bezkonkurencyjny prym w klasie aut miejskich, Civic jest popularniejszy od Corolli(z wyjątkiem taksówek) ale w kategorii aut większych nowa Toyota Camry wyraznie wygrywa z Hondą Accord. Busiki to domena Toyoty i Mitsubishi. Bardzo popularne są pick-up’y, wśród których prym wiodą Nissan, Isuzu, Mitsubishi i GMC. SUV’y to królestwo Toyoty. Co ciekawe – przeważająca większość samochodów to pojazdy nowe – nie starsze niż 5 letnie. Europe reprezentują dwie marki niemieckie: Mercedes i BMW. Wszelkie inne marki obecne są w ilościach śladowych.

Tajowie są ewidentnie maniakami tuningu – spojlery, felgi i tłumiki to wyraznie zauważalny trend – większość samochodów jest „ulepszona” a sklepy z wymienionymi gadżetami są bardzo widoczne.

Środkiem transportu wartym rekomendacji jest taksówka. Normalne TAXI, klimatyzowane, z taksometrem: 20-30 minutowa jazda drogą szybkiego ruchu, dojazd z hotelu do centrum czy ciekawego miejsca – kosztuje ok.150-300BHT(czyli 15-30zł). Dla amatorów mocniejszych wrażeń – tradycyjny TUK-TUK, przejazd trójkołowcem bywa atrakcją ale nie do końca przyjemną, ze względu na spaliny samochodów i cenę – bardzo często wyższą od normalnej taksówki.

Bangkok – światowa stolica masażu

Filozofia SPA i wellbeing powinny być (jeśli nie są) traktowane jak narodowy skarb Tajlandii. Mam wrażenie, że analogia do kuchni włoskiej jest jak najbardziej na miejscu. Masaż nigdzie nie smakuje jak w Tajlandii. TTM(tradycyjny masaż tajski) – ma dwie odmiany: Królewską – gdzie masażysta używa do masowania tylko kciuków. Czyni to jakby mało inwazyjnie i z taktem (jakby masował monarchę bądź członka rodziny królewskiej) ale intensywność doznań jest wprost niesamowita. Drugi rodzaj to odmiana, którą serwowano niewolnikom – i tutaj jako narzędzia masażu służą również łokcie, kolana. Masaż ten zawiera również elementy stretching’u. Klasyczny masaż stóp bądź z oliwką to dwa inne popularne zabiegi, obecne w Bangkoku i Tajlandii na każdym kroku. Salony masażu, uliczne SPA, ekskluzywne centra i SPA hotelowe – to wyrazna i część życia w tym mieście i kraju. Miałem okazję gościć w eleganckim obiekcie – SPA TRIA, testować ofertę SPA w 5* hotelu, masowano mnie na prowincji w przyszpitalnym zakładzie masażu oraz zaciekawił mnie poziom usług w ulicznych salonach masażu czy SPA na Kao San Road. Wniosek jest jeden. Masaż, filozofia SPA i wellness to skarby narodowe Tajlandii. Niezaleznie od ceny (wymienione masaże kosztują od 10, 25, 50 do 180zł – za godzinny masaż) poziom usługi jest bezkonkurencyjny a efekty przekraczają wszelkie oczekiwania. Masażyści kończą specjalne kursy, studiują anatomie, odbywają kilkusetgodzinne praktyki – nie ma przypadku. Jakość doznania jest wypracowana a metodyka wynika z tradycji i kultury. Nieprzypadkowo w Tajlandii dąży się do integracji współczesnej medycyny, tradycji Tajskiej i masażu. Jeśli element wolicjonalny jest istotną częścią procesu zdrowienia, to relaksacyjno-lecznicze właściwości masażu są nie do przecenienia. W niektórych Tajskich szpitalach przy oddziałach porodowych są sauny i sale masażu. Zabieg stosowany jest w niedługim czasie po porodzie.
Każdy z nas odnajdzie w Bangkoku drogę do wlasnego wellness oraz powrotu do formy i sprawności fizycznej. Tajska mentalność, empatia i oddanie – są sekretami totalnej relaksacji, którą można tam osiągnąć. Relaks następuje również na płaszczyźnie mentalnej – obserwując i przeżywając Tajską gościnność można dojść do wniosku, że każdy z nas swoje SPA i wellness ma w sobie lub tuż obok – niekoniecznie w zakładzie za rogiem. Matka całująca stłuczone miejsce dziecku – to najstarszy zabieg SPA znany we wszystkich kulturach.

Bangkok – kulinarny zawrót głowy

Tajowie są narodem spokojnym, życzliwym, gościnnym – nie dziwi zatem ich umiłowanie do jedzenia. Od godzin popołudniowych do nocy (17-02) różnorodnością oferty zadziwiają uliczne stoiska gastronomiczne. Od grillowanej szarańczy, przez kurze łapki, paróweczki, ryby, kurczaki po kalmary. Stoiska są oblegane przez lokalną ludność – z wiadomych względów przez turystów nieco mniej. Tajlandia zachwyca owocami morza. Ich wybór dorównuje kuchni śródziemnomorskiej – wszelkiego rodzaju muszle, krewetki, kalmary, ryby – wybór jest przeogromny. Drobna uwaga dla niewprawionych – nigdy nie zamawiajcie dania pikantnego. Najniższa skala pikantności (spicy) to medium – kosztując jej od razu przypominamy sobie, że ten przyjazny naród, który umiłował przyjemność i harmonię – ma również swoją odmianę boksu….Zamówienie potrawy ostrej lub bardzo ostrej – równoznaczne jest niewyobrażalnym katuszom. W naszej szerokości geograficznej nie ma potraw tak paląco pikantnych – nie sposób się potężnie nie spocić przy jedzeniu.
To co mogę śmiało rekomendować to przysmaki na bazie owoców morza – w restauracjach można wybrać sobie „zwierzynę” i zaordynować sposób jej przygotowania. Jeśli chodzi o owoce morza to najlepiej grillować. Tajowie grillują od zawsze i robią to naprawdę dobrze. Koszty są tak zróżnicowane jak asortyment. Stoiska uliczne oferują swoje smakołyki w cenach naprawdę niskich. Za 10 zł można podjeść różnych dziwnych rzeczy. Z jakim skutkiem nie wiem – nie próbowałem. Cena dania (np. świetne Pad Thai – makaron ryżowy z krewetkami tygrysimi) w małych knajpkach i restauracyjkach, odpowiednikach naszych orientalnych barów – od 15 do 30zł. Radzę unikać wołowiny, która jest tu twarda, żylasta i jedzenie jej jest bardziej męczące niż przyjemne. Dobra kolacja w renomowanej restauracji z owocami morza to wydatek rzędu 300zł na 2 osoby. Przyjemność była jednak wyjątkowa – plac, na placu drzewa, na nich chińskie lampiony a pod nimi stoliki nakryte ceratami. Wchodząc wybieramy osobiście naszą potrawę z asortymentu wyeksponowanego na lodzie bądź w akwariach. Ja wybrałem blisko półmetrowego kalmara (ok.700g) i 4 krewetki królewskie – wielkości niewielkich bananów (ok.150g każda). Po 15 minutach grillowane cuda zostały przyniesione i mogliśmy oddać się przyjemności jedzenia. Dodatkiem był Pad Thai. Piliśmy piwo, które w lokalach gastronomicznych jest drogawe (duże piwo – 20zł) Ceny wina zniechęcają jeszcze bardziej – podobnie jak w polskich restauracjach(150-200zl/but). Na zakończenie talerz owoców – kolejny skarb Tajskiej kuchni – kolorowe, smaczne i soczyste: arbuz, ananas, mango i papaya. Pycha!

Relaks 240metrów nad ziemią oraz tajemnicze zaułki Bangkoku

Trzeciego dnia znalazłem swoje ulubione miejsce w Bangkoku. The Dome@Lebua Hotel. Na 64 piętrze hotelu Lebua – 240 metry nad ziemią – jest złota kopuła. W niej Restauracja „Sirocco” oraz bar. Na zewnątrz taras widokowy oraz Sky Bar.
Z tej wysokości mamy cały Bangkok u stóp – cała „korona city” jest poniżej a światła miasta rozciągają się po horyzont.
Podswietlone drogi szybkiego ruchu i miejskie aleje – potwierdzają pierwsze wrażenie. Są prawdziwymi arteriami.
Zdjęcia można robić tylko w części Sky Baru – w związku z czym przy barze zawsze tłok a na tarasie porządek. Rozciągająca się panorama miasta powoduje nieprzerwany, samoistny uśmiech na twarzy a międzynarodowe towarzystwo podzielające zachwyt – stanowi o wyjątkowości sytuacji, która stworzona jest do zawierania nowych znajomości.
Bangkok położony jest nad rzeką Menam, którą nocną porą pływa masa oświetlonych stateczków z muzyką i roześmianym tłumem. Co ciekawe – nocną pora pływają nią również kompletnie nieoświetlone barki z towarem. W centrum nad rzeką piękne hotele i ich restauracje tuż nad jej brzegiem – polecam lokalizacje tamtejszego Sheratona. Naprawdę wielki świat.
Bangkok jest miastem przyjaznym, bezpiecznym – podczas blisko 2 godzinnego spaceru przez miasto czułem się absolutnie bezpieczny. Spacerowałem i obserwowałem Tajów nie niepokojony. Nawet na otoczonym złą sławą Pat Pongu można czuć się swobodnie – wystarczy być asertywnym. To kilka uliczek ze straganami bazarowymi oferującymi podróbki wszelkiej maści, od galanterii skórzanej przez pióra, płyty CD, gadżety erotyczne po obuwie sportowe, tekstylia i zegarki. Pat Pong to również zaułki z barami, w których obściskują się pary wszelkich możliwych konfiguracji. Bangkok ma etykietke „miasta seksu” i jest to najbardziej widoczne właśnie tutaj. Uliczka z kobietami, osławione „ping-pong show”, uliczka z mężczyznami i uliczka z….najmniej oblegana. Zmiana płci jest jednym z bardziej popularnych zabiegów w Tajlandii. Podczas wizyty w jednej z wiodących klinik plastycznych, dowiedziałem się, że na 1500 pacjentów rocznie – 25% poddaje się właśnie takim transformacjom. Prawie 400 osób rocznie – w jednej tylko klinice.

Bangkok miastem kontrastów? Z pewnością. Od chałupinek na palach i mostków rodem z filmów o przygodach agenta 007, po efektowne, muskularne „City”, od pływających bazarków po olbrzymie centra handlowe. Niewielkie domeczki a tuż za nimi nowoczesne wieżowce. Co ciekawe – w Bangkoku, niezależnie od dzielnicy pełna instalacja elektryczna idzie na słupach, nad ziemią. Wygląda to dziwnie i fantazyjnie zarazem. Tym co czyni pobyt w Bangkoku wyjątkowym – są Tajowie, naród który ponad wszystko umiłował przyjemność i harmonię. Pytani o sekret skuteczności ich masażu odpowiadają: gościnność. Warto odwiedzić Bangkok by jej doświadczyć.

Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl 

poniedziałek, 30 maja 2011

wiosenne kochanie

Wiosenne kochanie?

Spacery, zwierzenia, całowanie….
Nadzieje, plany, kwiatów zrywanie

Szczęście, motyle, pomysłów tyle
Oczy błyszczące, dłonie błądzące, usta gorące, kwiaty na łące

Bliskości pragnienie, jak odurzenie
Piękne marzenie
Umysłu zaćmienie

Odrzucenie, zapomnienie
bolesne olśnienie, beznamiętne wyjaśnienie
Cierpienie, milczenie
Otępienie

Tak się rymuje i kończy
Serca głosu słuchanie
W szczęście ufanie
i wiosenne kochanie

W apatii trwanie

Co zapomnienie przyniesie - kogoś nowego poznanie?
Czy też ten stan to już wieczne zesłanie?
Czy głos jej, oczy i dziewczęce śmianie
To lek na to nasze miłości czekanie?

Czy ból, bezsilność i myśli co smucą
Pierzchną?
błysk w oku i krwi wrzenie…powrócą?

HB, maj 2011

Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl