czwartek, 16 lutego 2012

BANGKOK – MASAŻE, TUNING, WIEŻOWCE I KULINARIA






W styczniu doskonałym kierunkiem dla Polaka szukającego relaksu, jest Bangkok. Sporty zimowe polecam ich amatorom od przełomu lutego i marca do kwietnia – wówczas regeneracja następuje nie tylko na płaszczyźnie aktywności fizycznej na stoku ale również dzięki dobroczynnemu działaniu słońca.

W oczekiwaniu na ten okres – gorąco polecam wycieczkę do stolicy Tajlandii – Bangkoku. Najbardziej uciążliwym elementem podróży jest czas jej trwania. Przy optymalnie skonfigurowanych przelotach – 15 godzin (dwugodzinny lot do Frankfurtu a potem 11 godzin do miejsca przeznaczenia). Długa podróż ma swoją jedną zaletę – mniej więcej w połowie drogi można zobaczyć jeden z cudów przyrody: wschód słońca nad Himalajami. Samolot leci na wysokości zbliżonej do 12tys metrów – stąd widok na „Dach Świata” jest jednym z elementów totalnej relaksacji, która czeka nas w Bangkoku. Himalaje z tej wysokości wyglądają obłędnie – trochę jak pomięta, spiętrzona gazeta czy papier mache – jest to widok niezwykle sugestywny.
Przedsmak tego co nas czeka w Bangkoku doświadczamy już na pokładzie samolotu Thai Airlines. Wyjątkowo miła obsługa wprowadza pasażerów w błogostan maksymalnie niwelujący uciążliwość długiego lotu. Z drugiej strony - podróż może być gratką dla amatorów techniki, gdyż Tajski przewoźnik dysponuje tym co w przemyśle lotniczym najlepsze – podróż w jedną stronę najnowocześniejszym Boeingiem 787 – Dreamliner. Z powrotem kultowym 747 – „Jumbo”)

Bangkok pod koniec stycznia wita słońcem, uśmiechem, soczystą zielenią, dużą wilgotnością i temperaturą na poziomie 30 stopni Celsjusza. Wg. Międzynarodowej Organizacji Meto– jesteśmy w najcieplejszym mieście świata.

Alergikom radzę pamiętać o zabraniu stosownych preparatów. Przeskok z mroznej Polski do wilgotnej, upalnej i wiosennej Tajlandii – owocuje natychmiastowym pojawieniem się intensywnych objawów, które nękają nas zazwyczaj od kwietnia do sierpnia.

Nowoczesne, duże lotnisko międzynarodowe oddalone jest od miasta o jakieś pół godziny jazdy. Zmierzając w stronę hotelu – od razu zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w wielkiej metropolii (Bangkok liczy blisko 11 milionów mieszkańców). Polaka urzeka od razu system drogowy. Aby rozwiązać problem korków – 25 lat temu wybudowano system wielopasmowych dróg, które wiją się na wiaduktach – niczym arterie dostarczające energii muskularnemu City. W słoneczny dzień, na tle błękitnego nieba – ilość drapaczy chmur robi wrażenie, a ich fantazyjna architektura zapiera dech w piersiach. Jesteśmy ewidentnie w stolicy dość zamożnego i cywilizowanego kraju.

Bangkok – miasto motoryzacji i świetnych dróg

Komunikacja odbywa się na czterech poziomach: metro, szerokie aleje krzyżują się z wąskimi uliczkami, nad nimi dumnie prężą się wiadukty z kilkupasmowymi drogami szybkiego ruchu(płatne) oraz Sky train – kolejka nadziemna – duma mieszkańców Bangkoku. Jej oddzielna nitka łączy City z lotniskiem.

Na ulicach odbywa się prawdziwy motoryzacyjny pojedynek. W Bangoku jest blisko 5 milionów samochodów. Mimo to ruch uliczny jest płynny a korki w godzinach szczytu (nieuniknione) upłynniane są bardzo sprawnie. Rynek, zdominowany jest bardzo wyraznie przez motoryzacje Japońską. Toyota Yaris i Honda Jazz wiodą bezkonkurencyjny prym w klasie aut miejskich, Civic jest popularniejszy od Corolli(z wyjątkiem taksówek) ale w kategorii aut większych nowa Toyota Camry wyraznie wygrywa z Hondą Accord. Busiki to domena Toyoty i Mitsubishi. Bardzo popularne są pick-up’y, wśród których prym wiodą Nissan, Isuzu, Mitsubishi i GMC. SUV’y to królestwo Toyoty. Co ciekawe – przeważająca większość samochodów to pojazdy nowe – nie starsze niż 5 letnie. Europe reprezentują dwie marki niemieckie: Mercedes i BMW. Wszelkie inne marki obecne są w ilościach śladowych.

Tajowie są ewidentnie maniakami tuningu – spojlery, felgi i tłumiki to wyraznie zauważalny trend – większość samochodów jest „ulepszona” a sklepy z wymienionymi gadżetami są bardzo widoczne.

Środkiem transportu wartym rekomendacji jest taksówka. Normalne TAXI, klimatyzowane, z taksometrem: 20-30 minutowa jazda drogą szybkiego ruchu, dojazd z hotelu do centrum czy ciekawego miejsca – kosztuje ok.150-300BHT(czyli 15-30zł). Dla amatorów mocniejszych wrażeń – tradycyjny TUK-TUK, przejazd trójkołowcem bywa atrakcją ale nie do końca przyjemną, ze względu na spaliny samochodów i cenę – bardzo często wyższą od normalnej taksówki.

Bangkok – światowa stolica masażu

Filozofia SPA i wellbeing powinny być (jeśli nie są) traktowane jak narodowy skarb Tajlandii. Mam wrażenie, że analogia do kuchni włoskiej jest jak najbardziej na miejscu. Masaż nigdzie nie smakuje jak w Tajlandii. TTM(tradycyjny masaż tajski) – ma dwie odmiany: Królewską – gdzie masażysta używa do masowania tylko kciuków. Czyni to jakby mało inwazyjnie i z taktem (jakby masował monarchę bądź członka rodziny królewskiej) ale intensywność doznań jest wprost niesamowita. Drugi rodzaj to odmiana, którą serwowano niewolnikom – i tutaj jako narzędzia masażu służą również łokcie, kolana. Masaż ten zawiera również elementy stretching’u. Klasyczny masaż stóp bądź z oliwką to dwa inne popularne zabiegi, obecne w Bangkoku i Tajlandii na każdym kroku. Salony masażu, uliczne SPA, ekskluzywne centra i SPA hotelowe – to wyrazna i część życia w tym mieście i kraju. Miałem okazję gościć w eleganckim obiekcie – SPA TRIA, testować ofertę SPA w 5* hotelu, masowano mnie na prowincji w przyszpitalnym zakładzie masażu oraz zaciekawił mnie poziom usług w ulicznych salonach masażu czy SPA na Kao San Road. Wniosek jest jeden. Masaż, filozofia SPA i wellness to skarby narodowe Tajlandii. Niezaleznie od ceny (wymienione masaże kosztują od 10, 25, 50 do 180zł – za godzinny masaż) poziom usługi jest bezkonkurencyjny a efekty przekraczają wszelkie oczekiwania. Masażyści kończą specjalne kursy, studiują anatomie, odbywają kilkusetgodzinne praktyki – nie ma przypadku. Jakość doznania jest wypracowana a metodyka wynika z tradycji i kultury. Nieprzypadkowo w Tajlandii dąży się do integracji współczesnej medycyny, tradycji Tajskiej i masażu. Jeśli element wolicjonalny jest istotną częścią procesu zdrowienia, to relaksacyjno-lecznicze właściwości masażu są nie do przecenienia. W niektórych Tajskich szpitalach przy oddziałach porodowych są sauny i sale masażu. Zabieg stosowany jest w niedługim czasie po porodzie.
Każdy z nas odnajdzie w Bangkoku drogę do wlasnego wellness oraz powrotu do formy i sprawności fizycznej. Tajska mentalność, empatia i oddanie – są sekretami totalnej relaksacji, którą można tam osiągnąć. Relaks następuje również na płaszczyźnie mentalnej – obserwując i przeżywając Tajską gościnność można dojść do wniosku, że każdy z nas swoje SPA i wellness ma w sobie lub tuż obok – niekoniecznie w zakładzie za rogiem. Matka całująca stłuczone miejsce dziecku – to najstarszy zabieg SPA znany we wszystkich kulturach.

Bangkok – kulinarny zawrót głowy

Tajowie są narodem spokojnym, życzliwym, gościnnym – nie dziwi zatem ich umiłowanie do jedzenia. Od godzin popołudniowych do nocy (17-02) różnorodnością oferty zadziwiają uliczne stoiska gastronomiczne. Od grillowanej szarańczy, przez kurze łapki, paróweczki, ryby, kurczaki po kalmary. Stoiska są oblegane przez lokalną ludność – z wiadomych względów przez turystów nieco mniej. Tajlandia zachwyca owocami morza. Ich wybór dorównuje kuchni śródziemnomorskiej – wszelkiego rodzaju muszle, krewetki, kalmary, ryby – wybór jest przeogromny. Drobna uwaga dla niewprawionych – nigdy nie zamawiajcie dania pikantnego. Najniższa skala pikantności (spicy) to medium – kosztując jej od razu przypominamy sobie, że ten przyjazny naród, który umiłował przyjemność i harmonię – ma również swoją odmianę boksu….Zamówienie potrawy ostrej lub bardzo ostrej – równoznaczne jest niewyobrażalnym katuszom. W naszej szerokości geograficznej nie ma potraw tak paląco pikantnych – nie sposób się potężnie nie spocić przy jedzeniu.
To co mogę śmiało rekomendować to przysmaki na bazie owoców morza – w restauracjach można wybrać sobie „zwierzynę” i zaordynować sposób jej przygotowania. Jeśli chodzi o owoce morza to najlepiej grillować. Tajowie grillują od zawsze i robią to naprawdę dobrze. Koszty są tak zróżnicowane jak asortyment. Stoiska uliczne oferują swoje smakołyki w cenach naprawdę niskich. Za 10 zł można podjeść różnych dziwnych rzeczy. Z jakim skutkiem nie wiem – nie próbowałem. Cena dania (np. świetne Pad Thai – makaron ryżowy z krewetkami tygrysimi) w małych knajpkach i restauracyjkach, odpowiednikach naszych orientalnych barów – od 15 do 30zł. Radzę unikać wołowiny, która jest tu twarda, żylasta i jedzenie jej jest bardziej męczące niż przyjemne. Dobra kolacja w renomowanej restauracji z owocami morza to wydatek rzędu 300zł na 2 osoby. Przyjemność była jednak wyjątkowa – plac, na placu drzewa, na nich chińskie lampiony a pod nimi stoliki nakryte ceratami. Wchodząc wybieramy osobiście naszą potrawę z asortymentu wyeksponowanego na lodzie bądź w akwariach. Ja wybrałem blisko półmetrowego kalmara (ok.700g) i 4 krewetki królewskie – wielkości niewielkich bananów (ok.150g każda). Po 15 minutach grillowane cuda zostały przyniesione i mogliśmy oddać się przyjemności jedzenia. Dodatkiem był Pad Thai. Piliśmy piwo, które w lokalach gastronomicznych jest drogawe (duże piwo – 20zł) Ceny wina zniechęcają jeszcze bardziej – podobnie jak w polskich restauracjach(150-200zl/but). Na zakończenie talerz owoców – kolejny skarb Tajskiej kuchni – kolorowe, smaczne i soczyste: arbuz, ananas, mango i papaya. Pycha!

Relaks 240metrów nad ziemią oraz tajemnicze zaułki Bangkoku

Trzeciego dnia znalazłem swoje ulubione miejsce w Bangkoku. The Dome@Lebua Hotel. Na 64 piętrze hotelu Lebua – 240 metry nad ziemią – jest złota kopuła. W niej Restauracja „Sirocco” oraz bar. Na zewnątrz taras widokowy oraz Sky Bar.
Z tej wysokości mamy cały Bangkok u stóp – cała „korona city” jest poniżej a światła miasta rozciągają się po horyzont.
Podswietlone drogi szybkiego ruchu i miejskie aleje – potwierdzają pierwsze wrażenie. Są prawdziwymi arteriami.
Zdjęcia można robić tylko w części Sky Baru – w związku z czym przy barze zawsze tłok a na tarasie porządek. Rozciągająca się panorama miasta powoduje nieprzerwany, samoistny uśmiech na twarzy a międzynarodowe towarzystwo podzielające zachwyt – stanowi o wyjątkowości sytuacji, która stworzona jest do zawierania nowych znajomości.
Bangkok położony jest nad rzeką Menam, którą nocną porą pływa masa oświetlonych stateczków z muzyką i roześmianym tłumem. Co ciekawe – nocną pora pływają nią również kompletnie nieoświetlone barki z towarem. W centrum nad rzeką piękne hotele i ich restauracje tuż nad jej brzegiem – polecam lokalizacje tamtejszego Sheratona. Naprawdę wielki świat.
Bangkok jest miastem przyjaznym, bezpiecznym – podczas blisko 2 godzinnego spaceru przez miasto czułem się absolutnie bezpieczny. Spacerowałem i obserwowałem Tajów nie niepokojony. Nawet na otoczonym złą sławą Pat Pongu można czuć się swobodnie – wystarczy być asertywnym. To kilka uliczek ze straganami bazarowymi oferującymi podróbki wszelkiej maści, od galanterii skórzanej przez pióra, płyty CD, gadżety erotyczne po obuwie sportowe, tekstylia i zegarki. Pat Pong to również zaułki z barami, w których obściskują się pary wszelkich możliwych konfiguracji. Bangkok ma etykietke „miasta seksu” i jest to najbardziej widoczne właśnie tutaj. Uliczka z kobietami, osławione „ping-pong show”, uliczka z mężczyznami i uliczka z….najmniej oblegana. Zmiana płci jest jednym z bardziej popularnych zabiegów w Tajlandii. Podczas wizyty w jednej z wiodących klinik plastycznych, dowiedziałem się, że na 1500 pacjentów rocznie – 25% poddaje się właśnie takim transformacjom. Prawie 400 osób rocznie – w jednej tylko klinice.

Bangkok miastem kontrastów? Z pewnością. Od chałupinek na palach i mostków rodem z filmów o przygodach agenta 007, po efektowne, muskularne „City”, od pływających bazarków po olbrzymie centra handlowe. Niewielkie domeczki a tuż za nimi nowoczesne wieżowce. Co ciekawe – w Bangkoku, niezależnie od dzielnicy pełna instalacja elektryczna idzie na słupach, nad ziemią. Wygląda to dziwnie i fantazyjnie zarazem. Tym co czyni pobyt w Bangkoku wyjątkowym – są Tajowie, naród który ponad wszystko umiłował przyjemność i harmonię. Pytani o sekret skuteczności ich masażu odpowiadają: gościnność. Warto odwiedzić Bangkok by jej doświadczyć.

Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl 

poniedziałek, 30 maja 2011

wiosenne kochanie

Wiosenne kochanie?

Spacery, zwierzenia, całowanie….
Nadzieje, plany, kwiatów zrywanie

Szczęście, motyle, pomysłów tyle
Oczy błyszczące, dłonie błądzące, usta gorące, kwiaty na łące

Bliskości pragnienie, jak odurzenie
Piękne marzenie
Umysłu zaćmienie

Odrzucenie, zapomnienie
bolesne olśnienie, beznamiętne wyjaśnienie
Cierpienie, milczenie
Otępienie

Tak się rymuje i kończy
Serca głosu słuchanie
W szczęście ufanie
i wiosenne kochanie

W apatii trwanie

Co zapomnienie przyniesie - kogoś nowego poznanie?
Czy też ten stan to już wieczne zesłanie?
Czy głos jej, oczy i dziewczęce śmianie
To lek na to nasze miłości czekanie?

Czy ból, bezsilność i myśli co smucą
Pierzchną?
błysk w oku i krwi wrzenie…powrócą?

HB, maj 2011

Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl 

sobota, 6 listopada 2010

Nadwiślański (k)raj

w związku z wyczynami urzędnika odpowiedzialnego za organizacje ruchu drogowego między nekropoliami w czasie zadusznym, niniejszym wnioskuje o zaczerpnięcie ze średniowiecznego prawa karnego. mutylacja członków, ekskomunika, konfiskata majątku (...) do spalenia na stosie włącznie, z pewnością oduczyłyby urzędasów "beztroskiego debilizmu". Welcome to Poland-the Mexico of Europe. Mosty - zatkane, wjazd na nie - mission impossible, kluczowe arterie - wyłączone z ruchu, przekierowania - na drogi o nawierzchni rally crossu.Na pytania zadawane, władza(nawet o srednio-wyskiej szarży) - odpowiedzi udziela z lękiem i w trybie przypuszczającym...W obliczu Euro 2012 te symptomy organizacji “made in poland” każą drżeć i szukać bezpiecznej kryjówki, enklawy spokoju – na czas tej wyczekiwanej i z zapałem preparowanej okoliczności. Gdyby moja Babcia miała poważny kłopot to by umarla niedoczekawszy pomocy. Na szczęście mogła poczekać. Mission accomplished.Okna umyte, firanki zawieszone i jeszcze 3 prania zrobilem.
Upadek obyczajów daje sie w naszym kraju zaobserwować w każdej dziedzinie. Od wspomnianej powyżej administracji, przez polityke(ryba przecież psuje sie od głowy) media, rozrywke – do sportu włącznie. Wszędzie rządzą bylejactwo i oszołomstwo. Brak klasy, jakości, obycia – widoczny jest w każdej dziedzinie życia. Jest wielce prawdopodobne, że przeżywam jakiś intensywny kryzys wartości, ale jak tu nie grymasić, kiedy widzi sie panoszące sie i wszechobecne kolesiostwo i poklepywanie sie po plecach w obliczu wszechpanoszącej sie tandety?
Niedawno zakończyła się jedna z bardziej tandetnych kampanii wyborczych. Wybrano nowego prezydenta, który z wdziękiem proporcjonalnym do pomysłowości kampanii – już zdobywa rzesze “zwolenników” kolejnymi lapsusami. Mam przy tym wrażenie, że idzie mu to – w całej jego nieudolności – jakoś "sprawniej", niż Ś.P poprzednikowi, którego oskarżano, głównie o to, że orłem(czy też lwem salonowym) nie był...Od początku twierdziłem, że BK pod dobrotliwym tonem i tradycyjnym wąsem ukrywa niepewność i mierność swoich poczynań i charakteru.
A propos charakteru – kanikuła upłynęła nam pod znakiem sensacyjnych wydarzeń o charakterze etykiety zastępczej(zasłony dymnej bądz sztucznego tłoku – jak kto woli) Lato było piękne i wyjątkowo upalne, zadbano więc o to, by eleketoratowi krew sie wzburzyła. W dobie globalizacji, integracji i unifikacji – Polska ma swój nowy trend, modę. Co zagadnienie to nowe podziały. Już nawet nie chodzi o to gdzie stoi zomo a gdzie my czy “oni” stali. Faktem jest, że politycy, którzy na codzień jakoś dzielą sale sejmowe czy senackie (o poselskich hotelach czy knajpach nie wspominając) – w obliczu mediów dostają jakiejś korby i co raz uruchamiają takie tematy, że naród podzielony jest jak chyba kilkaset lat nie byl. Odmawiam sobie rzadkiej przyejmności oglądania kolejnych odcinków tego żenującego serialu w trosce o zdrowie(ciśnienie potrafi skoczyć jak Małysz w najwyższej formie) oraz dla unikania przeświadczenia, że mimo upływu wieków – koterie i prywata wciąż prowadzą nadwiślański (k)raj na zatracenie, i że jakikolwiek postęp jest absolutnie niemożliwy. Żal mi też, atencji widzów, tego żałosnego spekataklu. Coraz to nowe pokolenia Polaków, chcący mieć wpływ na kraj swój i swoich dzieci – daje sie bezmyślnie wciągać w gre, której jedyną zasadą jest zaprezentowanie swojego zdania, przeforsowanie swojej racji, przemycenie swojego interesu i ugranie czegokolwiek (dla byle kogo) byle nie interesu publicznego. W cieniu “afery krzyżowej” na przyklad, która dla mnie nosiła znamiona zręcznej manipulacji, ugrano bezszelestnie i bez sprzeciwu: podwyżke VAT, zwiększenie wydaków na administracje(czytaj:biurokracje) oraz zatrudnienie jednego z bardziej skompromitowanych ostatnio polityków (słynnego “Grzesia Załatwiacza”) na trzecim urzędzie w państwie – czołowy macher z “afery hazardowej” – został marszałkiem sejmu...zamiast niesławą okryty, we wstydzie(lub cieniu chociaż, więzieniu tudzież na wygnaniu) tkwić do konca dni swoich...
Kolejna kampania wyborcza wyłoni zaplecze wielkiej sceny politycznej. Strach sie bać kto zostanie poplecznikiem ludzi ze świecznika na szczeblu samorządowym.
Faktem jest, że podziały, które rozerwały Polske 10 kwietnia, zbierają dalej krwawe żniwo. Kolejna ofiarą agresywnej i bezmyślenej retoryki elit jest łódzki działacz PiS, zamordowany przez zdesperowanego człowieka. Czy morderca był chory psychicznie? Pewnie tak, ale to nieuniknione jesli się przedawkuje zaangażowanie w doniesienia ze sceny politycznej. Dlatego też ja – dla zdrowia własnego i szczęścia otoczenia(a może odwrotnie?) odpuszczam sobie ten cyrk – i Wam też odpuszczam. To choroba.

Równie chore są poczynania nowego selekcjonera kadry piłkarskiej. Tak dla odmiany, żeby tekst niniejszy za ciężki i pesymistyczny nie był. Smuda Franz – murarz z zawodu, buduje nową kadrę. Super ekipe, która w zdumienie wprawić ma świat cały a widzów Euro2012 przekonać jak to Polak potrafi. Franz, na razie, skuteczny jest niebywale, tyle, że nie w procesie selekcji zawodników czy tworzeniu zabójczego stylu gry, co w zrażaniu do siebie zawodników i łapaniu kolejnych, na kolejnych alkoholowych wyskokach. Tępienie pijaństwa ideą nawet szlachetną jest ( w latach PRL’u Kościół wspierał nawet reżim w takowej i ogłaszał sierpień miesiącem trzezwości). Nie wiem, który z miesięcy jest miesiącem abstynencji w naszej kadrze, ale wydaje sie, że żaden. Kilku kluczowych zawodników zostało już z kadry wyrzuconych, na czele z ulubionym bramkarzem Borucem Arturem, który to już doczekał sie miana recydywisty w tej materii. Picie alkoholu (nawet na umór) jest, jak wiemy, częścią naszej tradycji – czy należy sie zatem fałszywie bulwersować, że nasi “reprezentanci”, pokazują światu to co nad wisłą najciekawsze...? Zresztą z drugiej strony, media donoszą również, że zawodnicy nie czują sie komfortowo z takim trenerem, że nie pasuje im jego poziom, że selekcjoner ponoć im ubliża. Faktem jest, że naczelny trener to arbitrem elegancji nie jest i Grzegorz Lato zapewne śpi spokojnie bo Smuda go w żaden sposób nie zawstydzi(jak miał czelność czynić ten wstrętny, obyty Beenhakker), co nie oznacza, że wstydu nie przyniesie – ale to najwyżej w 2012, a o tym nikt jeszcze nie mysli. Na razie kadra Franza nie wygrała meczu, bramek strzela jak na lekarstwo, traci je z regularnością szwajcarskiego zegarka (może to już jakiś pierwszy sympom nowej jakości?), stylu nie ma żadnego, ale – jak mówi trener – to świetne doświadczenia i doskonała podstawa do dalszej pracy. Wszystkim to pasuje bo kadra gra dużo sparingów, a takie to zawsze swietna okazja na wycieczke w atrakcyjne miejsce albo chociaż na imprezke. W szczególności dla działaczy. A jak balują działacze to co mają robić zawodnicy? Jak kota nie ma to myszy harcują...każdy z nas był przynajmniej raz na takich koloniach. Stresu nie ma bo eliminacji nie gramy, a jak nie ma nerwów to i wesoło jest.
Piękna nasza Polska cała, najpiękniejsza...z lotu ptaka. Niebawem narodowe święto niepodległości – 11 listopada. Jeszcze Polska nie zginęła...póki my pijemy;)

Bezbarwny Inter...

Bezbarwna część sezonu dla mistrza kraju i triumfatora LM. Plaga kontuzji( ostatnio tylko - Maicon, Samuel, Stankovic, Milito, Thiago Motta, Cambiasso i Julio Cesar) rzuca podejrzenia na trafnośc cyklu przygotowań przed sezonem i rzuca cień na pomysł trenera Beniteza na kontynuacje sukcesów klubu. W chwili obecnej brak stylu, wyników oraz ciągłe urazy czołowych zawodników, każą mysleć raczej o najgorszym sezonie od lat. Wiele może się jeszcze zmienić bo straty nie są wielkie (w zeszłym sezonie Inter miał kilkanascie punktów przewagi w styczniu by wygrać mistrzostwo ledwie jednym) ale kibiców bardzo niepokoi stan obecny - drużynie wiele brakuje do charakteru drużyny Mourinho i ten stan może zagrozić utrzymaniu poosady przez hiszpańskiego trenera. Być może klopoty zdrowotne drużynie to efekt cieżkiego ubieglego sezonu, kiedy Inter zwyciężył w trzech konkurencjach, być może efektem mało efektownej i efektywnej dzialalności na rynku transferowym (zakup zawodników pokroju Biabany'ego czy Coutinho należy traktować jedynie w kategoriach przyszłościowych, pomimo przeblysków swietnej gry, zwlaszcza tego drugiego), być może ciągła rotacja w skladzie wymuszona kontuzjami nie sprzyja skutecznemu przyswojeniu wizji gry nowego selekcjonera, być może wyczepał się potencjał tego kolektywu, a trudno oczekiwać - nawet od prezesa Moratti'ego - stworzenia nowego super skladu w jeden sezon. Faktem jest, że Inter traci gole , nie gra tak twardo, zadziornie i skutecznie jak w zeszlym sezonie.
Tener Benitez sprawa wrażenie pana, który jedynie czego potrzebuje to święty spokój. Ponieważ kibice i prezes czekają na 20 mistrzostwo, może sie okazać, że Rafa Benitez spokju będzie musiał poszukć gdzie indziej. To tylko moje – kibica – dywagacje. Myslę, że w klubie znana jest przyczyna słabszej postawy zespołu, ba, postawy niesmacznie bezbarwnej. Inter w minionych sezonach przyzwyczaił do miażdżącej przewagi, w tym roku, za bezbarwnym mercato, idzie bezbarwny(choć z nazwiskiem) trener i takaż gra. Czy i kiedy nero-azzurri odzyskają koloryt? Oby szybko, bo szkoda byłoby nie widzieć ich konkurujących o laury z tegorocznymi faworytami. Obiecująco wygląda odradzający się Milan z ofensywą opartą na Ronaldinho, Robinho, Pato i Ibrahimovc’u (po roku w wymarzonej Barcelonie wrócił do Mediolanu – ciekawe jak gorąco przywitają go kibice Interu na derby. Mimo kilkudziesięciu goli i kilku mistrzostw, nie jest tam ciepło wspominany, a już za powrót do Mediolanu czerwono czarnego…powitanie będzie miał z pewnością gorące, piekielne wręcz). Duma Katalonii odnajduje swój zabójczy rytm, ale odradza się Real Mourinho, który na rynku transferowym podziałał w iście królewski sposób. "Czwartym do brydża" w LM jest w tym sezonie – moim zdaniem – Chelsea. Drugi z zeszłorocznych finalistów – Bayern, podobnie jak Inter – dziesiątkują kontuzje.MU nieprzewidywalnie nierówny w LM, na krajowym podwórku ustępuje The Blues nieznacznie. Karuzela ligowo-pucharowa kręci się dopiero drugi miesiąc. Oby do wiosny!

niedziela, 1 sierpnia 2010

Po mundialu

Mundial i po mundialu, pisze po przerwie bo zawirowania w życiu prywatnym (muza wybrała wolność) i zawodowym (walka o lepsze jutro trwa) jakoś mnie nie inspirowały wyjątkowo. Poza tym te upały i lato…w mieście cudowny zapach lenistwa się unosi. Brak korków (z Żoliborza na Pl. 3 krzyży można dojechac w 10 minut na 5tym biegu…) i dziewczęta z przepięknie opalonymi nogami…aż chce się życ, tylko żal, że do tego życia potrzeba kasy….Ale, melancholijny text kiedy indziej, a teraz – a propos – żalu, wróce do mundialowych emocji , chociażby z racji na poprzedni text, w którym pewne typy przedstawiałem. Nie bez pewnej satysfakcji widzę, że pewne rzeczy przewidziałem, no, jeśli nie dokladnie to zaakcentowałem możliwe rozwiązania – a nie były to typy popularne. I tak:
Nie żal mi Argentyny, ani - tym bardziej - Maradony. Żal powinien sie pojawiać, kiedy przegrani zrobili wszystko by porażki uniknąć - a Argentyńczycy zrobili niewiele. Wysłali na mundial jedną ze swoich najlepszych ekip w historii, ale powierzyli ją najlepszemu w swej historii piłkarzowi, który trenerem okazał się najgorszym, no – w najlepszym wypadu - żadnym(a wszyscy to przeczuwali lub wiedzieli nawet). W erze futbolu na wskroś wyrachowanego, opartego na analizie każdego elementu gry dokonywanego przez trenerów specjalistów w oparciu o specjalistyczne programy komputerowe, powierzono talenty zawodników trenerowi pokroju marnego pana od wf'u, który ekipie super-zawodników daje piłke i mówi: " macie i grajcie". Messi(bez gola), Tevez, Aguero, Mascherano, Milito, Veron...mogą czuć się sfrustrowani ale powinni sobie uświadomić, że o nie ich wina. W meczu z Niemcami trener powinien zareagować nawet jeszcze przed przerwą. Wprowadzić Verona na rozegranie i Milito do ataku. Pchanie sie zawodników środkiem i próby rozwiązania problemu kiwką i strzałem były tyleż nieskuteczne co żenujące. Diego nie zabrał do RPA Cambiasso i Zanetti'ego, jakże przydatnych wojowników, liderów potrafiących w ciężkich chwilach wziąć na swe barki ciężar gry i potrafących zmotywować kolegów. Argentyna, Anglia, Australia - tym ekipom(wszystkie na A) Niemcy zaaplikowali po 4 gole. Brazylia odpadła w innym stylu. Trafili bowiem canarinhos na , grającą najmniej efektowny futbol w historii, kipe oranje. Kaka i spółka mieli swoje okazje, ale ich nie wykorzystali, a w chwili kryzysu fizyznego dopadł ich geniusz Snejdera( który pogrążył kolegów z klubu) i głupota Melo, który pozostawił kolegów w 10 na boisku. Maicon, Lucio i Julio Cesar, byli dotąd filarami zespołu i wyróżniali sie formą. W finale stawiam na Holandie, która pokona Niemców i zagra wreszcie na miare oczekwań. Sprzyja Holendrom południowo afrykańska ziemia, której historii są częścią. Hiszpania nie prezentuje sie przekonywująco. Chyba, że nagle "zaskoczy" Torres....Tym niemniej mundial mieliśmy momentami bardzo emocjonujący i ciekawy, a że „faworyci” odpadli? Widocznie nie zasługiwali na takie miano. Francuzi nie mieli morale, ani ekipy (permanentne niesnaski w drużynie i na linii zawodnicy trener),Włosi indywidualności, a Anglicy - charakteru ani szczęścia, Argentyńczykom zabrakło trenera,a Brazylii zawodnika. Ot tyle....Wygrali Hiszpanie bo mają najlepszych zawodników, a Holendrzy zajęli drugie miejsce bo wreszcie wzięli się w garść. Niemcy znowu trzeci – drugi mundial z rzędu, to duży sukces, a waleczni Urusi na czwartym miejscu.
Następna impreza piłkarska to Euro 2012 – już za dwa lata u nas i na Ukrainie(?) – szczerze powiedziawszy: strach się bać. Stadiony wprawdzie rosną, ale drogi i baza noclegowa? Co to się wydarzy jak przyjedzie kilkaset tysięcy kibiców? Mam nadzieje, że czerwiec 2012 będzie ciepły, bo parków ci u nas dostatek – w sumie łatwiej parków narobić niż hoteli pobudować…oj, będzie się działo…

sobota, 29 maja 2010

Mundjalejros RPA - kandydaci

W skrócie(alfabetycznie): Anglia, Argentyna, Brazylia, Hiszpania, Holandia, Niemcy, Wlochy. Czyli prawie jak zwykle. Czy reprezentacje z Czarnego lądu mająszanse zajsć wysoko? tak. Jak wysoko? 1/8 finalu(RPA lub WKS). Czy USA mają szanse na dobry wynik? tak.Każdy ma szanse...;)) Rozwijam moje zdanie na temat "żelaznych" faworytów.

Anglia - ma swietne pokolenie i nareszcie wielkiego trenera. Fabio Capello wie jak sie wygrywa, jest genialnym strategiem i chyba najlepiej będze potrafil wykorzystac potencjal kadry. Jego umiejętnosci dodają synom Albionu pewnosci siebie. Jesli zawodnicy będą wypoczęci po morderczym sezonie w Premiership i Wayne Rooney odzyska dyspozycje i skutecznosc sprzed kilku tygodni...medal murowany.

Argentyna - "Niemcy poludniowej Ameryki" mają Leo Messi'ego, Javiera Mascherano, Diego Milito, Waltera Samuela i kilku innych zawodników(Veron, Tevez, Aguero...) "na medal". Jesli "Boski Diego" (na lawce) nie wprowadzi chaosu...kolejny kandydat na mistrza.

Brazylia: kolejna ekipa faworyzowana od zawsze. Trener Dunga wybral sklad pozornie nieefektowny, ale Brazylia to kraina talentami pilkarskimi plynąca. Mogą doplynąć na podium, tym bardziej, że wspomniany Dunga wybral, z pewnoscią, najlepiej wytrenowanych.

Hiszpania: najzdolniejsze pokolenie od lat, i już utytulowane. Czy Mistrzowie Europy zdobędą PS? Xavi, Iniesta, Fabregas, Torres, Puyol...duże szanse na końcowy triumf. Nic im nie brakuje - jesli zdrowie dopisze to kandydat nr 1.

Holandia: kolejna ekipa supertalentów, które okrzeply na arenie międzynarodowej. Brakuje tylko dużego wymiernego sukcesu. Jesli zamiast myslec, że są mistrzami swiata, zaczną wierzyc, że mogą z każdym wygrac..mój kandydat nr.2 Snejider, Robben, Van der Vaart, Van Persie....powinni czuć sie dobrze w RPA(holendrzy są częscią historii tego kraju).

Niemcy: Niemcy to zawsze Niemcy - nawet bez Ballack'a. Nudno czy efektownie - zawsze wiedzą jak sie rozgrywa turniej mistrzowski.

Wlochy: Dublet tenera Lippi'ego? Wie jak to sie robi, ale czy ma drużyne?sklad jest klasyczną mieszanką rutyny i zawodników ogrywających sie na arenie międzynarodowej. Obrone ma na pewno - bo to Italia. Maja szanse jesli eksploduje którys ze snajperow...Pazzini, Rossi, Di Natale, Gilardino? Zobczymy czy pomocnicy będą ich potrafili skutecznie zainspirować. Lippi zrezygnowal z uslug "fantasisti": na mundialu zabraknie zawodników pokroju Del Piero, Cassano czy Totti'ego. Czy forma i charyzma Buffona, Cannavaro, Gattuso, Pirlo i De Rossi'ego wystarczą?

We Francje nie wierze. Mają dobrych zawodników, ale awansowali fartem po bramce ręką w eliminacjach. Za kare wrócą do domu i to calkiem szybko. Evra, Gourcouff, Ribery, Henry i Anelka nie znajdą szczęcia w RPA - trener Domenech już pewnie to wyczytal w gwiazdach;)

Jest jeszcze Portugalia, ale osobiscie mysle, że padnie ofiarą "grupy smierci", z której awansują Brazylia i WKS a Cristiano Ronaldo będzie mógl sie udac na urlop i myslec o nowym sezonie w Realu pod wodzą Mourinho.

Zaklad?

Tak czy owak licze na fajny mundial, uwielbiam koelżeńską mobilizacje przy piwku i grillu na najważniejszych spotkaniach. Kibicom życze bezpiecznych emocji a sędziom...oczu dookola glowy i rozsądku. Niech wygra najlepszy i najladniej grajacy.



;))

Majowe

Kilka wydarzeń (o których kiedyś może napisze) spowodowało chwilową „przerwe w dostawie weny twórczej”. Jestem jednak znowu z powrotem i to w wyśmienitej dyspozycji najszczęśliwszego i najbardziej dumnego z kibiców. Od ponad pół roku o tym wspominałem, zwracałem uwage i stało się.
Wam pozostawie ocene: czy to wyprzedzenie wydarzeń czy też wiara w ukochaną drużyne, a może fachowe oko obserwatora….pewnie wszystkiego po trochu. „A Milano si respira un aria eccezionale – mai sentita prima” – piszą do mnie znajomi. Inter, beneamata – zwyciężyła w Lidze Mistrzów. Zdobyty Puchar Europy dołączył do Pucharu Włoch i Mistrzostwa Kraju – potrójne zwycięstwo zostało zapisane złotymi zgłoskami w futbolowych annałach. Neroazzurri – jako pierwsza drużyna z Italii - dołączyli do elitarnego grona drużyn, które w swojej historii zdobyły rzadki nadzwyczaj „triplete”. To wyjątkowe osiągnięcie zarezerwowane jest dla nielicznych drużyn – dotychczas wyczyn ten udał się takim firmom jak: Celtic, Ajax, Manchester United i Barcelona. Najwyższa forma fizyczna i psychiczna przez cały sezon, wprowadziła – w pełni zasłużenie zresztą – do tego elitarnego grona, mediolańskiego potentata.
Ponad sto tysięcy kibiców fetujących zwycięstwo na ulicach stolicy Lombardii, ponad 50tysięcy o 6tej rano na San Siro, gdzie piłkarze udali się – prosto z samolotu – by zaprezentować zdobyte w madryckiej batalii – trofeum. Jakaż radość i duma rozpierała prezesa Massimo Moratti’ego. Ostatni Puchar Europy Inter zdobył w 1965 roku – gdy prezesem klubu był Angelo Moratti – ojciec Massimo.
Były śpiewy, podziękowania, łzy wzruszenia i żal rozstania. Projektant triumfu, wielki trener, kontrowersyjna osobowość – The Special One – zdecydował się odejść do Realu Madryt. Kolejnego potentata potrzebującego sukcesów na miare historii klubu…Z jednej strony rozumiem, z drugiej jestem rozczarowany. Jose Mourinho (bo o nim mowa) w dwa lata zdobył wszystko, dał Interowi kolejne dwa mistrzostwa Serie A, Puchar Włoch i Champions League. Pod ciągłą presją mediów i środowiska piłkarskiego, czasem chyba szykanowany, odmienił oblicze Interu. Tego Interu, który w ostatnich kilkunastu latach potrafił zawodzić oczekiwania – nawet w sposób kompromitujący, wstydliwy wręcz(że wspomne pólfinał LM z Milanem, kompromitujące porażki derbach, bójke z piłkarzami Valencji, odpadnięcie z Villareal, brak goli w dwumeczach z Liverpoolem i MU).Wszystko to zostało w minionym sezonie odrobione z nawiązką. Powstała drużyna wierząca, walcząca, zdyscyplinowana i diablo skuteczna.
Obrona nie do przejścia i błyskawiczne, drapieżne, zabójczo skuteczne kontry. Końcowy sukces, progresja wyników i stylu gry zasługują na najwyższe uznanie i szacunek. Myślałem, że po takim sezonie, Mourinho jako ambitna bestia, zechce zyskać nowy przydomek. Gdyby powtórzył wyczyn w przyszłym roku mógłby zostać przecież „The First One”….cóż, widać uznał, że wyczerpała się formuła na motywacje – siebie samego i zawodników. Trzeba wziąć pod uwage, że taki sezon wyczerpuje – emocjonalnie przede wszystkim. Jose Mourinho na zawsze pozostanie w sercach kibiców i zawodników Interu. Grazie Jose e buona fortuna – mówimy z nutką żalu ale szczerze.
To może być – z drugiej strony – bardzo korzystne dla Interu. Stał się drużyną atrakcyjną, zarówno medialnie jak i sportowo. Czekamy na nazwisko nowego trenera.Wszystko powinno się rozstrzygnąć za miesiąc – po mundialu – między Fabio Capello a Guusem Hiddinkiem. Wolałbym Holendra. Jest jeszcze Rafa Benitez, któremu niechętni są kibice, chętni za to zawodnicy. Smaczku rywalizacji między Don Fabio a Hiszpanem, dodaje fakt, ze obydwaj mogliby ze sobą "przeprowadzić" Stevena Gerrarda - marzenie Interu(Benitez móglby jeszcze moze sciągnąć Torresa...)). Powstały kolektyw, mógłby sobie postawić za cel – powtórzenie poprzedniego sezonu. Kto wie? Wszakże jesli Inter wygrywa PE, to dwa lata z rzędu(poprzednio 1964 i 65;)) Trzymam kciuki!

A krajowe podwórko? Zalane….Wielka woda przykryła część Polski. Wały nie wytrzymały i teraz część elektoratu – w przeddzień wyborów – siedzi na dachach i patrzy kiedy woda opadnie. Panowie politycy zaś i inni decydenci zgodnie obrzucają się inwektywami i odpowiedzialnością za wałów słabość i niedoskonałość polityki przeciwpowodziowej (oprócz polityków i urzędników od wałów, okazuje się, że wiele do powiedzenia w tych sprawach mają..działkowcy;))).
Tragedia Smoleńska, Wawel i chmura wulkaniczna, powódz…troche jak plagi egipskie. Czy to aby nie kara za wzajemną nienawiść i hipokryzje, za brak jednego głosu w dyskusji o Polske? Moim zdaniem dowody są oczywiste, choć rozumiem, że samo słowo „dowody” brzmi ciut kontrowersyjnie (*tak troszku straszno a troszku smieszno) w zaistniałych okolicznościach.
Najsilniejszy człowiek świata dostał łomot na amerykańskiej ziemi. Kilkaset sekund zadyszki, nieskoordynowanych ciosów na oślep i fik…padł jak gromem rażony, bezsilnie dał się obić jak worek treningowy, chociaż chyba bardziej jak kartfli worek – ten nasz pyszałkowaty dominator. Wielką kase jednak przyjął bez mrugnięcia powieką zapewne. Wstyd – za taką kompromitacje powinien oddać cały wpływ na konto obsługujące potrzeby ofiar powodzi. „Pudzian dla Powodzian” akcja PR warta więcej niż tańce z gwiazdami, na lodzie czy inne śpiewy i żałosne wygibasy dla sławy. Jakby co – służe radą….
Maj za oknem – u kwiaciarek „śpiochy”, niedługo zaczyna się mundial w RPA, gdyby nie – czasem dołujące – okoliczności, rzekłbym: „aż chce się żyć”….
Do następnego razu!