czwartek, 16 maja 2013

Moje Miasto to nie 3 puste słoiki


Wot pauperyzacja kultury: Od „3 kolory – niebieski” do 3 słoików… 
W konkursie na neonowy symbol współczesnej Warszawy wygrała estetyka przyjezdnych.... 3 słoiki....

Finałowy konkurent: "+48 22" był dużo lepszy: ujmuje bowiem dystans (dosłownie i w przenośni ;-)) i międzynarodowość; jest w jakiś sposób finezyjny, prosty acz inteligentny. Że wspomnę również o "Miło Cie Widzieć" czyli "nice to see you", który zawieszony na Moście Poniatowskiego - kapitalnie ożywiałby nadrzeczne okolice.  A wygrała.... rustykalna symbolika.

Z całym należnym (historycznym) szacunkiem dla tych, co "żywią i bronią" (i słoiki peklują;-)). Tym razem jednak zagadnienie dotyczy estetyki, a ta w kraju stricte rolniczym jest wiejska. Próżno dopatrywać sie francuskiej finezji czy włoskiej fantazji - mimo całego zadęcia. Kiedyś mówiło się:  "róbcie dzieci, bo nas chamstwo zaleje" - nim sie obejrzeliśmy - to właśnie nastąpiło. Kolejne Rządy wykończyły (pardon – sprywatyzowały;-))  przemysł, teraz wykańczane jest rolnictwo - w związku z czym masy młodych z małych miast i miasteczek oraz wsi - prą do dużych aglomeracji, gdzie robią przewagę liczebną na rynku pracy i to ich gustom zmuszony jest schlebiać rynek. To co nas otacza to estetyka ubogich i dla ubogich (tyle, że kulturowo, duchowo a nie ekonomicznie).

„Chamstwo" - inaczej chłopi, lud. Wszyscy jesteśmy Polakami? Owszem. Jesteśmy też wszyscy dziećmi naszych rodziców czy nawet Matki Ziemi. Tym niemniej podział na miasto i wieś jest obecny w kulturze od zawsze. Te dwie estetyki raz były sobie bardzo bliskie - nazywało się to "chłopomanią" i wystąpiło krótko w XIX wieku. Polityka państwa polskiego po II wojnie światowej doprowadziła (z premedytacją) do przemieszania środowisk wiejskich z miejskimi. Celem było stworzenie przewagi "aktywu robotniczo-chłopskiego" jako przeciwwagi nad elektoratem miejskim tzw. inteligenckim, którego nie wybiła wojenna zawierucha, a Sowieci nie zdołali przesiedlić, wysiedlić, wywieźć ani do "pudła" zapakować. Stąd występowanie w miastach rustykalnych "iż" lub "żem" . W porządnych szkołach podstawowych (!) i liceach - piętnowanych jako form niepoprawnych, stosowanych przez ludzi niewykształconych, nieobytych, prostych, z ludu - ze wsi. Nie deprecjonuję oczywiście znaczenia artystów pochodzenia wiejskiego dla światowego dorobku kulturowego, ale myślenie, że obecnie mamy do czynienia z najazdem artystów jeno i geniuszy wszelkiej maści - wydaje mi sie idealizowaniem środowisk wiejskich. Wieś w ogólnej masie jest biedna – w PL tak było, jest i będzie - to ubóstwo pcha ją do miasta. Żałosnym jest uleganie mechanizmom wyścigu szczurów, w czym ludność ta przoduje, zniżając sie do poziomu niegodnego człowieka kulturalnego. Przykre, że kraj o takim potencjale rolniczym marnuje się. Najpierw nam wyprzedano przemysł, a teraz rujnuje się wieś - stąd exodus prowincjonalnej młodzieży  do miast. Tym niemniej dyskurs nie ma charakteru ekonomicznego, tylko o estetyce była mowa. Kwestie estetyki, poziomu potrzeb, rozrywek, preferencji i gustów - są już tylko konsekwencją. Nie ma jednego kanonu estetyki dla ludzi pochodzących ze środowiska wielkomiejskiego i dla tych przyjezdnych. To nie segregacja - to fakt naukowy.

W dobie zubożenia obyczajowego (spowodowanego m.in. ruchami migracyjnymi) nie zauważamy ważkości pewnych spraw. "Każdy może przyjechać do Warszawy" - niestety prawda. "I jeśli jest lepszy, zdolniejszy to ma prawo dostać pracę" - byłoby to w pełni do przyjęcia i nawet godne poklasku. Prawda jest jednak taka, że ci którzy przyjeżdżają nie są lepsi ani zdolniejsi. Są tylko bardzo zdeterminowani i jest ich WIĘCEJ - ich godzenie sie na warunki poniżej rynkowych realiów (tworzenie nowej – mniej rentownej rzeczywistości) poniżej godności (pracujesz „x” czasu na określonych warunkach i nagle masz robić to samo albo więcej za mniejsza kasę, bo jak nie, to cię „słoik” wygryzie), poniżej kosztów utrzymania się…

SKĄD sie wziął rzeczony SŁOIK? To symbol prowiantu, który przyjezdni dostają od rodziców ("żarcia" w słoiku dosłownie i kasy od rodziców), dzięki którym są w stanie utrzymać sie w Warszawie, bo za pensje na które się godzą (dumping pewnego rodzaju) nigdy by ich nie było na to stać. Zaniżają warunki pracy, a pracodawcy mają z tego używanie, bo tych przyjezdnych-uległych jest więcej niż ludzi, którzy żyją w mieście i poniżej pewnych stawek nie godzą sie pracować...
Ja to tak widzę i myślę, że sie specjalnie nie mylę, co nie zmienia faktu, że wiele osób wśród przyjezdnych to zdolni, sympatyczni, kulturalni i urodziwi ludzie. To nie oni jednak generują zjawiska (choćby nepotyzm!), które budzą kontrowersje i dzielą społeczeństwo.
 
Konkludując – jestem przeciwny „3em słoikom”,  jako symbolowi smutnych czasów. Kariery po trupach, sukcesu za wszelką cenę, parciu na kasę bez względu na cokolwiek, braku zasad i zubożeniu ogólnemu. 

Znamienna jest nawet ilość rzeczonych słoików, nota bene pustych… Jak przystało na czasy – niepodzielna…


 
Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl

czwartek, 9 maja 2013

Jesień na Żoliborzu (napisano w listopadzie 2012)

 
Jesień na Żoliborzu

Żoliborz błyszczy złotem jesiennych liści
Drzewa dostojnie te szaty noszą
W parku kasztany i jarzębina
Dzieci rodzicom suszki przynoszą

Ptaki kluczami kierunek obrały
Wrócą gdy zieleń aleje wypełni
Szelest listowia miast piasku na stopach
Brudnych włóczęgą i tańcem o świcie
Cieszy tu życie

Mgła znów spowija lata wspomnienie
Żar z nieba i ciała na rok znów marzenie
Kwieciste place i ławki w alejach - puste dziś
- tęsknią za dziatwy radosnym szczebiotem

Znowu dziewczęta zniewolą dekoltem
Nozdrza wypełnia dym melancholią
Oczy błysną płomieniem ogniska
Powązki zaś znowu zakwitną magnolią

 Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl

środa, 4 lipca 2012

Trener Smuda - żal i obłuda czyli koko-koko Franz nie spoko

Szczęsny – nieszczęsny, dostał po łapach za swoje aroganckie wypowiedzi przed turniejem. W zaciszu domowym może teraz rozważać co dały jego „interwencje”. Niestety, ale klasyczny przykład „sodówy”. Informacje o zainteresowaniu jego osobą przez Inter – wkladam na półke z hitami sezonu ogórkowego Tytoń – nie sledze ligi holenderskiej ale z przyjemnością „odkryłem” tego bramkarza. Solidny i wyważony w wypowiedziach. Skoro posadził na ławce PSV Isakssona – również na Euro w barwach Szwecji, to jest to najlepsza rekomendacja. Strach pomyśleć jak marnie byśmy wyglądali gdyby nie obronił karnego w meczu otwarcia…. Boenish – jeden strzał na bramke (Czechów) w trzech meczach – za mało jak na takiego „kozaka”. Mam wrażenie, że popularny „Warzywniak” wniósłby więcej animuszu w poczynania ofensywne a i w defensywie nie wypadłby chyba gorzej. Perquis – nie taki łokieć straszny. Zważywszy na wynik drużyny, żadnego z występów naszych reprezentantów nie można uznać za udany. Damien może jednak uznać, że swoje zadanie wykonał z należytą starannością. Podobało mi się, że śpiewał – na głos – hymn. Ujęło wzruszenie po meczu z Czechami – widać, że chłop łaski nie robi. Wasilewski – z boiskowego zabijaki z prawej obrony na spokojnego skutecznego stopera. Misja wykonana. Inaczej byśmy na niego patrzyli, gdyby Szczęsny nie wyszedł do bezsensownej piłki w meczu z Grecją. Wasyl robił swoje. Dodatkowo, był chyba jedynym, który na gorąco odważył się kwestionować, że „nic się nie stało” Piszczek – mnie osobiście zawiódł. Nie widziałem w jego grze cech zawodnika, którym interesują się Real, Inter czy Chelsea – kolejny farmazon sezonu ogórkowego. Zawodnik z taką – podobno wyjątkową – inklinacją do gry ofensywnej, przeszedł niezauważony, a w ostatnim meczu z Czechami – młody Pilarz objeżdżał go jak chciał…. Murawski - bez komentarza bo poniżej krytyki. Jeśli zdjęcia jego „muskulatury” są prawdziwe to wystawianie go z resztą drużyny jest dywersją i działaniem na szkode. Po co praca nad motoryką i przygotowaniem fizycznym z zagranicznym specem, skoro wstawia się takiego „obwiesia”?Strata i bezskuteczna pogoń za Czechem, potem nieudany wślizg – wręcz symboliczne. Jeden celny strzał w meczu z Grecją, to chyba za mało jak na takiego boiskowego „inteligenta”. Dramat – jeden z głównych winowajców. Zero kreatywności w ataku – a na mił – zdaje się – rozrywac obrony prostopadłymi piłkami ze srodka pola…. Polanski – dał z siebie wszystko, grał z poświęceniem na granicy faulu i własnej kontuzji. Niewiele można mu zarzucić w kontekście „popisów” kolegów z drużyny. 50cm zabrakło by strzelił ładnego gola z Rosją…. Dudka – na swoim poziomie solidnej destrukcji. Gdyby nie jego ostre interwencje Czesi mogliby nas mocniej sponiewierać, był bowiem w tym meczu tam, gdzie koledzy nie dawali rady…. Rybus – a mieliśmy nadzieje, że będzie jednym z objawień turnieju. Kompletnie niewidoczny. Lewe skrzydło naszej reprezentacji nie zaistniało na tych mistrzostwach ( Pół godziny Grosickiego z Czechami potwierdza te opinie) Mierzejewski – kuriozalny i rekordowy zarazem transfer z Polonii do Trabzonu i…tyle tego. Wiele mówiła jego mina gdy wchodził w meczu z Rosją – bladozielony i przestraszony. Tym niemniej zagrał przyzwoite 15 minut, stworzył jedną sytuacje i …zniknął. Tak jak znika z piłkarskiej Warszawy Polonia…smutne. Obraniak – mieszane uczucia. Nie pokazał tego do czego w kadrze przyzwyczajał. Wszystkie stałe fragmenty niecelne, nie brał udziału w grze, nie stanowił wsparcia w ataku, ani niewiele działał w obronie. Nie trafił z formą czy zadanie go przerosło? Błaszczykowski – kilka rajdów, jedna asysta, jeden (piękny) gol. Występ poniżej oczekiwań – czy powodem była słaba postawa Piszczka (zwykle współtwórcy działań ofensywnych prawego skrzydła), brak odpowiedniego wsparcia kolegów(pare razy odniosłem wrażenie jakby reszta drużyny nie nadążała kondycyjnie za trio z Dortmundu) czy też niewłaściwe zaangażowanie i koncentracja? Casus z biletami nie na miejscu. Nie jestem przekonany czy Kuba jest najwłaściwszym kapitanem dla drużyny, która musi gryzc trawe. Lewandowski – ma powody do frustracji. Strzelił pięknego gola, było widać, że był w formie. Zabrakło asyst, kreatywności i ruchu w ataku – po prostu graliśmy zbyt defensywnie a Lewy musi mieć przestrzeń i wsparcie. Szkoda go, ale i sam spudłował co najmniej raz w sytuacji w której nie powinien. Składam to jednak na karb emocji….młody jest – nauczy się jeszcze. Studziłem zapędy do robienia z niego napastnika klasy światowej. Papiery ma – potrzeba czasu, pracy, pokory i doświadczeń…. Franz Smuda – jedynym jego sukcesem jest wyeliminowanie Rosji…;) Oszukał społeczeństwo – obiecał ofensywną gre a wystawiał defensywne sklady. Okazał się mitomanem i arogantem. Bał się zaryzykować i nie pokazał nowoczesnego futbolu. Gdyby takie wyniki osiągnęła kadra z Borysiukiem(obok Polańskiego) i Żyrą oraz Wolskim (zamiast Obraniaka, Rybusa czy Mierzejewskiego) to miałbym mniejszy żal a trener większe pole manewru, młodzi zawodnicy zaś – nie przynieśli by wstydu a i doświadczenie by zyskali. Zupełnie nie wykorzystał ofensywnego potencjału drużyny i popisła się karygodnymi brakami w trenerskim rzemiośle – nie potrafił dostosować zmian do sytuacji na boisku oraz zawalił przerwy w meczach z Gracją i Czechami. Tak zmotywował zawodników, że na drugie połowy wychodziły zupełnie inne drużyny – choć w tych samych skladach. Nóż w kieszeni się otwiera na myśl, że za taki wyczyn skasował 5 mln zlotych….Szczytem bezmyślności, arogancji i ogólnego tumaństwa jest stwierdzenie post factum, że nic by nie zmienił gdyby miał to zagrać jeszcze raz a wykluczenie Greka zaskoczyło zawodników….

czwartek, 16 lutego 2012

BANGKOK – MASAŻE, TUNING, WIEŻOWCE I KULINARIA






W styczniu doskonałym kierunkiem dla Polaka szukającego relaksu, jest Bangkok. Sporty zimowe polecam ich amatorom od przełomu lutego i marca do kwietnia – wówczas regeneracja następuje nie tylko na płaszczyźnie aktywności fizycznej na stoku ale również dzięki dobroczynnemu działaniu słońca.

W oczekiwaniu na ten okres – gorąco polecam wycieczkę do stolicy Tajlandii – Bangkoku. Najbardziej uciążliwym elementem podróży jest czas jej trwania. Przy optymalnie skonfigurowanych przelotach – 15 godzin (dwugodzinny lot do Frankfurtu a potem 11 godzin do miejsca przeznaczenia). Długa podróż ma swoją jedną zaletę – mniej więcej w połowie drogi można zobaczyć jeden z cudów przyrody: wschód słońca nad Himalajami. Samolot leci na wysokości zbliżonej do 12tys metrów – stąd widok na „Dach Świata” jest jednym z elementów totalnej relaksacji, która czeka nas w Bangkoku. Himalaje z tej wysokości wyglądają obłędnie – trochę jak pomięta, spiętrzona gazeta czy papier mache – jest to widok niezwykle sugestywny.
Przedsmak tego co nas czeka w Bangkoku doświadczamy już na pokładzie samolotu Thai Airlines. Wyjątkowo miła obsługa wprowadza pasażerów w błogostan maksymalnie niwelujący uciążliwość długiego lotu. Z drugiej strony - podróż może być gratką dla amatorów techniki, gdyż Tajski przewoźnik dysponuje tym co w przemyśle lotniczym najlepsze – podróż w jedną stronę najnowocześniejszym Boeingiem 787 – Dreamliner. Z powrotem kultowym 747 – „Jumbo”)

Bangkok pod koniec stycznia wita słońcem, uśmiechem, soczystą zielenią, dużą wilgotnością i temperaturą na poziomie 30 stopni Celsjusza. Wg. Międzynarodowej Organizacji Meto– jesteśmy w najcieplejszym mieście świata.

Alergikom radzę pamiętać o zabraniu stosownych preparatów. Przeskok z mroznej Polski do wilgotnej, upalnej i wiosennej Tajlandii – owocuje natychmiastowym pojawieniem się intensywnych objawów, które nękają nas zazwyczaj od kwietnia do sierpnia.

Nowoczesne, duże lotnisko międzynarodowe oddalone jest od miasta o jakieś pół godziny jazdy. Zmierzając w stronę hotelu – od razu zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w wielkiej metropolii (Bangkok liczy blisko 11 milionów mieszkańców). Polaka urzeka od razu system drogowy. Aby rozwiązać problem korków – 25 lat temu wybudowano system wielopasmowych dróg, które wiją się na wiaduktach – niczym arterie dostarczające energii muskularnemu City. W słoneczny dzień, na tle błękitnego nieba – ilość drapaczy chmur robi wrażenie, a ich fantazyjna architektura zapiera dech w piersiach. Jesteśmy ewidentnie w stolicy dość zamożnego i cywilizowanego kraju.

Bangkok – miasto motoryzacji i świetnych dróg

Komunikacja odbywa się na czterech poziomach: metro, szerokie aleje krzyżują się z wąskimi uliczkami, nad nimi dumnie prężą się wiadukty z kilkupasmowymi drogami szybkiego ruchu(płatne) oraz Sky train – kolejka nadziemna – duma mieszkańców Bangkoku. Jej oddzielna nitka łączy City z lotniskiem.

Na ulicach odbywa się prawdziwy motoryzacyjny pojedynek. W Bangoku jest blisko 5 milionów samochodów. Mimo to ruch uliczny jest płynny a korki w godzinach szczytu (nieuniknione) upłynniane są bardzo sprawnie. Rynek, zdominowany jest bardzo wyraznie przez motoryzacje Japońską. Toyota Yaris i Honda Jazz wiodą bezkonkurencyjny prym w klasie aut miejskich, Civic jest popularniejszy od Corolli(z wyjątkiem taksówek) ale w kategorii aut większych nowa Toyota Camry wyraznie wygrywa z Hondą Accord. Busiki to domena Toyoty i Mitsubishi. Bardzo popularne są pick-up’y, wśród których prym wiodą Nissan, Isuzu, Mitsubishi i GMC. SUV’y to królestwo Toyoty. Co ciekawe – przeważająca większość samochodów to pojazdy nowe – nie starsze niż 5 letnie. Europe reprezentują dwie marki niemieckie: Mercedes i BMW. Wszelkie inne marki obecne są w ilościach śladowych.

Tajowie są ewidentnie maniakami tuningu – spojlery, felgi i tłumiki to wyraznie zauważalny trend – większość samochodów jest „ulepszona” a sklepy z wymienionymi gadżetami są bardzo widoczne.

Środkiem transportu wartym rekomendacji jest taksówka. Normalne TAXI, klimatyzowane, z taksometrem: 20-30 minutowa jazda drogą szybkiego ruchu, dojazd z hotelu do centrum czy ciekawego miejsca – kosztuje ok.150-300BHT(czyli 15-30zł). Dla amatorów mocniejszych wrażeń – tradycyjny TUK-TUK, przejazd trójkołowcem bywa atrakcją ale nie do końca przyjemną, ze względu na spaliny samochodów i cenę – bardzo często wyższą od normalnej taksówki.

Bangkok – światowa stolica masażu

Filozofia SPA i wellbeing powinny być (jeśli nie są) traktowane jak narodowy skarb Tajlandii. Mam wrażenie, że analogia do kuchni włoskiej jest jak najbardziej na miejscu. Masaż nigdzie nie smakuje jak w Tajlandii. TTM(tradycyjny masaż tajski) – ma dwie odmiany: Królewską – gdzie masażysta używa do masowania tylko kciuków. Czyni to jakby mało inwazyjnie i z taktem (jakby masował monarchę bądź członka rodziny królewskiej) ale intensywność doznań jest wprost niesamowita. Drugi rodzaj to odmiana, którą serwowano niewolnikom – i tutaj jako narzędzia masażu służą również łokcie, kolana. Masaż ten zawiera również elementy stretching’u. Klasyczny masaż stóp bądź z oliwką to dwa inne popularne zabiegi, obecne w Bangkoku i Tajlandii na każdym kroku. Salony masażu, uliczne SPA, ekskluzywne centra i SPA hotelowe – to wyrazna i część życia w tym mieście i kraju. Miałem okazję gościć w eleganckim obiekcie – SPA TRIA, testować ofertę SPA w 5* hotelu, masowano mnie na prowincji w przyszpitalnym zakładzie masażu oraz zaciekawił mnie poziom usług w ulicznych salonach masażu czy SPA na Kao San Road. Wniosek jest jeden. Masaż, filozofia SPA i wellness to skarby narodowe Tajlandii. Niezaleznie od ceny (wymienione masaże kosztują od 10, 25, 50 do 180zł – za godzinny masaż) poziom usługi jest bezkonkurencyjny a efekty przekraczają wszelkie oczekiwania. Masażyści kończą specjalne kursy, studiują anatomie, odbywają kilkusetgodzinne praktyki – nie ma przypadku. Jakość doznania jest wypracowana a metodyka wynika z tradycji i kultury. Nieprzypadkowo w Tajlandii dąży się do integracji współczesnej medycyny, tradycji Tajskiej i masażu. Jeśli element wolicjonalny jest istotną częścią procesu zdrowienia, to relaksacyjno-lecznicze właściwości masażu są nie do przecenienia. W niektórych Tajskich szpitalach przy oddziałach porodowych są sauny i sale masażu. Zabieg stosowany jest w niedługim czasie po porodzie.
Każdy z nas odnajdzie w Bangkoku drogę do wlasnego wellness oraz powrotu do formy i sprawności fizycznej. Tajska mentalność, empatia i oddanie – są sekretami totalnej relaksacji, którą można tam osiągnąć. Relaks następuje również na płaszczyźnie mentalnej – obserwując i przeżywając Tajską gościnność można dojść do wniosku, że każdy z nas swoje SPA i wellness ma w sobie lub tuż obok – niekoniecznie w zakładzie za rogiem. Matka całująca stłuczone miejsce dziecku – to najstarszy zabieg SPA znany we wszystkich kulturach.

Bangkok – kulinarny zawrót głowy

Tajowie są narodem spokojnym, życzliwym, gościnnym – nie dziwi zatem ich umiłowanie do jedzenia. Od godzin popołudniowych do nocy (17-02) różnorodnością oferty zadziwiają uliczne stoiska gastronomiczne. Od grillowanej szarańczy, przez kurze łapki, paróweczki, ryby, kurczaki po kalmary. Stoiska są oblegane przez lokalną ludność – z wiadomych względów przez turystów nieco mniej. Tajlandia zachwyca owocami morza. Ich wybór dorównuje kuchni śródziemnomorskiej – wszelkiego rodzaju muszle, krewetki, kalmary, ryby – wybór jest przeogromny. Drobna uwaga dla niewprawionych – nigdy nie zamawiajcie dania pikantnego. Najniższa skala pikantności (spicy) to medium – kosztując jej od razu przypominamy sobie, że ten przyjazny naród, który umiłował przyjemność i harmonię – ma również swoją odmianę boksu….Zamówienie potrawy ostrej lub bardzo ostrej – równoznaczne jest niewyobrażalnym katuszom. W naszej szerokości geograficznej nie ma potraw tak paląco pikantnych – nie sposób się potężnie nie spocić przy jedzeniu.
To co mogę śmiało rekomendować to przysmaki na bazie owoców morza – w restauracjach można wybrać sobie „zwierzynę” i zaordynować sposób jej przygotowania. Jeśli chodzi o owoce morza to najlepiej grillować. Tajowie grillują od zawsze i robią to naprawdę dobrze. Koszty są tak zróżnicowane jak asortyment. Stoiska uliczne oferują swoje smakołyki w cenach naprawdę niskich. Za 10 zł można podjeść różnych dziwnych rzeczy. Z jakim skutkiem nie wiem – nie próbowałem. Cena dania (np. świetne Pad Thai – makaron ryżowy z krewetkami tygrysimi) w małych knajpkach i restauracyjkach, odpowiednikach naszych orientalnych barów – od 15 do 30zł. Radzę unikać wołowiny, która jest tu twarda, żylasta i jedzenie jej jest bardziej męczące niż przyjemne. Dobra kolacja w renomowanej restauracji z owocami morza to wydatek rzędu 300zł na 2 osoby. Przyjemność była jednak wyjątkowa – plac, na placu drzewa, na nich chińskie lampiony a pod nimi stoliki nakryte ceratami. Wchodząc wybieramy osobiście naszą potrawę z asortymentu wyeksponowanego na lodzie bądź w akwariach. Ja wybrałem blisko półmetrowego kalmara (ok.700g) i 4 krewetki królewskie – wielkości niewielkich bananów (ok.150g każda). Po 15 minutach grillowane cuda zostały przyniesione i mogliśmy oddać się przyjemności jedzenia. Dodatkiem był Pad Thai. Piliśmy piwo, które w lokalach gastronomicznych jest drogawe (duże piwo – 20zł) Ceny wina zniechęcają jeszcze bardziej – podobnie jak w polskich restauracjach(150-200zl/but). Na zakończenie talerz owoców – kolejny skarb Tajskiej kuchni – kolorowe, smaczne i soczyste: arbuz, ananas, mango i papaya. Pycha!

Relaks 240metrów nad ziemią oraz tajemnicze zaułki Bangkoku

Trzeciego dnia znalazłem swoje ulubione miejsce w Bangkoku. The Dome@Lebua Hotel. Na 64 piętrze hotelu Lebua – 240 metry nad ziemią – jest złota kopuła. W niej Restauracja „Sirocco” oraz bar. Na zewnątrz taras widokowy oraz Sky Bar.
Z tej wysokości mamy cały Bangkok u stóp – cała „korona city” jest poniżej a światła miasta rozciągają się po horyzont.
Podswietlone drogi szybkiego ruchu i miejskie aleje – potwierdzają pierwsze wrażenie. Są prawdziwymi arteriami.
Zdjęcia można robić tylko w części Sky Baru – w związku z czym przy barze zawsze tłok a na tarasie porządek. Rozciągająca się panorama miasta powoduje nieprzerwany, samoistny uśmiech na twarzy a międzynarodowe towarzystwo podzielające zachwyt – stanowi o wyjątkowości sytuacji, która stworzona jest do zawierania nowych znajomości.
Bangkok położony jest nad rzeką Menam, którą nocną porą pływa masa oświetlonych stateczków z muzyką i roześmianym tłumem. Co ciekawe – nocną pora pływają nią również kompletnie nieoświetlone barki z towarem. W centrum nad rzeką piękne hotele i ich restauracje tuż nad jej brzegiem – polecam lokalizacje tamtejszego Sheratona. Naprawdę wielki świat.
Bangkok jest miastem przyjaznym, bezpiecznym – podczas blisko 2 godzinnego spaceru przez miasto czułem się absolutnie bezpieczny. Spacerowałem i obserwowałem Tajów nie niepokojony. Nawet na otoczonym złą sławą Pat Pongu można czuć się swobodnie – wystarczy być asertywnym. To kilka uliczek ze straganami bazarowymi oferującymi podróbki wszelkiej maści, od galanterii skórzanej przez pióra, płyty CD, gadżety erotyczne po obuwie sportowe, tekstylia i zegarki. Pat Pong to również zaułki z barami, w których obściskują się pary wszelkich możliwych konfiguracji. Bangkok ma etykietke „miasta seksu” i jest to najbardziej widoczne właśnie tutaj. Uliczka z kobietami, osławione „ping-pong show”, uliczka z mężczyznami i uliczka z….najmniej oblegana. Zmiana płci jest jednym z bardziej popularnych zabiegów w Tajlandii. Podczas wizyty w jednej z wiodących klinik plastycznych, dowiedziałem się, że na 1500 pacjentów rocznie – 25% poddaje się właśnie takim transformacjom. Prawie 400 osób rocznie – w jednej tylko klinice.

Bangkok miastem kontrastów? Z pewnością. Od chałupinek na palach i mostków rodem z filmów o przygodach agenta 007, po efektowne, muskularne „City”, od pływających bazarków po olbrzymie centra handlowe. Niewielkie domeczki a tuż za nimi nowoczesne wieżowce. Co ciekawe – w Bangkoku, niezależnie od dzielnicy pełna instalacja elektryczna idzie na słupach, nad ziemią. Wygląda to dziwnie i fantazyjnie zarazem. Tym co czyni pobyt w Bangkoku wyjątkowym – są Tajowie, naród który ponad wszystko umiłował przyjemność i harmonię. Pytani o sekret skuteczności ich masażu odpowiadają: gościnność. Warto odwiedzić Bangkok by jej doświadczyć.

Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl 

poniedziałek, 30 maja 2011

wiosenne kochanie

Wiosenne kochanie?

Spacery, zwierzenia, całowanie….
Nadzieje, plany, kwiatów zrywanie

Szczęście, motyle, pomysłów tyle
Oczy błyszczące, dłonie błądzące, usta gorące, kwiaty na łące

Bliskości pragnienie, jak odurzenie
Piękne marzenie
Umysłu zaćmienie

Odrzucenie, zapomnienie
bolesne olśnienie, beznamiętne wyjaśnienie
Cierpienie, milczenie
Otępienie

Tak się rymuje i kończy
Serca głosu słuchanie
W szczęście ufanie
i wiosenne kochanie

W apatii trwanie

Co zapomnienie przyniesie - kogoś nowego poznanie?
Czy też ten stan to już wieczne zesłanie?
Czy głos jej, oczy i dziewczęce śmianie
To lek na to nasze miłości czekanie?

Czy ból, bezsilność i myśli co smucą
Pierzchną?
błysk w oku i krwi wrzenie…powrócą?

HB, maj 2011

Tekst objęty prawami autorskimi. Jakiekolwiek publikacje - za zgoda autora. Kontakt: hubert@v8inside.pl 

sobota, 6 listopada 2010

Nadwiślański (k)raj

w związku z wyczynami urzędnika odpowiedzialnego za organizacje ruchu drogowego między nekropoliami w czasie zadusznym, niniejszym wnioskuje o zaczerpnięcie ze średniowiecznego prawa karnego. mutylacja członków, ekskomunika, konfiskata majątku (...) do spalenia na stosie włącznie, z pewnością oduczyłyby urzędasów "beztroskiego debilizmu". Welcome to Poland-the Mexico of Europe. Mosty - zatkane, wjazd na nie - mission impossible, kluczowe arterie - wyłączone z ruchu, przekierowania - na drogi o nawierzchni rally crossu.Na pytania zadawane, władza(nawet o srednio-wyskiej szarży) - odpowiedzi udziela z lękiem i w trybie przypuszczającym...W obliczu Euro 2012 te symptomy organizacji “made in poland” każą drżeć i szukać bezpiecznej kryjówki, enklawy spokoju – na czas tej wyczekiwanej i z zapałem preparowanej okoliczności. Gdyby moja Babcia miała poważny kłopot to by umarla niedoczekawszy pomocy. Na szczęście mogła poczekać. Mission accomplished.Okna umyte, firanki zawieszone i jeszcze 3 prania zrobilem.
Upadek obyczajów daje sie w naszym kraju zaobserwować w każdej dziedzinie. Od wspomnianej powyżej administracji, przez polityke(ryba przecież psuje sie od głowy) media, rozrywke – do sportu włącznie. Wszędzie rządzą bylejactwo i oszołomstwo. Brak klasy, jakości, obycia – widoczny jest w każdej dziedzinie życia. Jest wielce prawdopodobne, że przeżywam jakiś intensywny kryzys wartości, ale jak tu nie grymasić, kiedy widzi sie panoszące sie i wszechobecne kolesiostwo i poklepywanie sie po plecach w obliczu wszechpanoszącej sie tandety?
Niedawno zakończyła się jedna z bardziej tandetnych kampanii wyborczych. Wybrano nowego prezydenta, który z wdziękiem proporcjonalnym do pomysłowości kampanii – już zdobywa rzesze “zwolenników” kolejnymi lapsusami. Mam przy tym wrażenie, że idzie mu to – w całej jego nieudolności – jakoś "sprawniej", niż Ś.P poprzednikowi, którego oskarżano, głównie o to, że orłem(czy też lwem salonowym) nie był...Od początku twierdziłem, że BK pod dobrotliwym tonem i tradycyjnym wąsem ukrywa niepewność i mierność swoich poczynań i charakteru.
A propos charakteru – kanikuła upłynęła nam pod znakiem sensacyjnych wydarzeń o charakterze etykiety zastępczej(zasłony dymnej bądz sztucznego tłoku – jak kto woli) Lato było piękne i wyjątkowo upalne, zadbano więc o to, by eleketoratowi krew sie wzburzyła. W dobie globalizacji, integracji i unifikacji – Polska ma swój nowy trend, modę. Co zagadnienie to nowe podziały. Już nawet nie chodzi o to gdzie stoi zomo a gdzie my czy “oni” stali. Faktem jest, że politycy, którzy na codzień jakoś dzielą sale sejmowe czy senackie (o poselskich hotelach czy knajpach nie wspominając) – w obliczu mediów dostają jakiejś korby i co raz uruchamiają takie tematy, że naród podzielony jest jak chyba kilkaset lat nie byl. Odmawiam sobie rzadkiej przyejmności oglądania kolejnych odcinków tego żenującego serialu w trosce o zdrowie(ciśnienie potrafi skoczyć jak Małysz w najwyższej formie) oraz dla unikania przeświadczenia, że mimo upływu wieków – koterie i prywata wciąż prowadzą nadwiślański (k)raj na zatracenie, i że jakikolwiek postęp jest absolutnie niemożliwy. Żal mi też, atencji widzów, tego żałosnego spekataklu. Coraz to nowe pokolenia Polaków, chcący mieć wpływ na kraj swój i swoich dzieci – daje sie bezmyślnie wciągać w gre, której jedyną zasadą jest zaprezentowanie swojego zdania, przeforsowanie swojej racji, przemycenie swojego interesu i ugranie czegokolwiek (dla byle kogo) byle nie interesu publicznego. W cieniu “afery krzyżowej” na przyklad, która dla mnie nosiła znamiona zręcznej manipulacji, ugrano bezszelestnie i bez sprzeciwu: podwyżke VAT, zwiększenie wydaków na administracje(czytaj:biurokracje) oraz zatrudnienie jednego z bardziej skompromitowanych ostatnio polityków (słynnego “Grzesia Załatwiacza”) na trzecim urzędzie w państwie – czołowy macher z “afery hazardowej” – został marszałkiem sejmu...zamiast niesławą okryty, we wstydzie(lub cieniu chociaż, więzieniu tudzież na wygnaniu) tkwić do konca dni swoich...
Kolejna kampania wyborcza wyłoni zaplecze wielkiej sceny politycznej. Strach sie bać kto zostanie poplecznikiem ludzi ze świecznika na szczeblu samorządowym.
Faktem jest, że podziały, które rozerwały Polske 10 kwietnia, zbierają dalej krwawe żniwo. Kolejna ofiarą agresywnej i bezmyślenej retoryki elit jest łódzki działacz PiS, zamordowany przez zdesperowanego człowieka. Czy morderca był chory psychicznie? Pewnie tak, ale to nieuniknione jesli się przedawkuje zaangażowanie w doniesienia ze sceny politycznej. Dlatego też ja – dla zdrowia własnego i szczęścia otoczenia(a może odwrotnie?) odpuszczam sobie ten cyrk – i Wam też odpuszczam. To choroba.

Równie chore są poczynania nowego selekcjonera kadry piłkarskiej. Tak dla odmiany, żeby tekst niniejszy za ciężki i pesymistyczny nie był. Smuda Franz – murarz z zawodu, buduje nową kadrę. Super ekipe, która w zdumienie wprawić ma świat cały a widzów Euro2012 przekonać jak to Polak potrafi. Franz, na razie, skuteczny jest niebywale, tyle, że nie w procesie selekcji zawodników czy tworzeniu zabójczego stylu gry, co w zrażaniu do siebie zawodników i łapaniu kolejnych, na kolejnych alkoholowych wyskokach. Tępienie pijaństwa ideą nawet szlachetną jest ( w latach PRL’u Kościół wspierał nawet reżim w takowej i ogłaszał sierpień miesiącem trzezwości). Nie wiem, który z miesięcy jest miesiącem abstynencji w naszej kadrze, ale wydaje sie, że żaden. Kilku kluczowych zawodników zostało już z kadry wyrzuconych, na czele z ulubionym bramkarzem Borucem Arturem, który to już doczekał sie miana recydywisty w tej materii. Picie alkoholu (nawet na umór) jest, jak wiemy, częścią naszej tradycji – czy należy sie zatem fałszywie bulwersować, że nasi “reprezentanci”, pokazują światu to co nad wisłą najciekawsze...? Zresztą z drugiej strony, media donoszą również, że zawodnicy nie czują sie komfortowo z takim trenerem, że nie pasuje im jego poziom, że selekcjoner ponoć im ubliża. Faktem jest, że naczelny trener to arbitrem elegancji nie jest i Grzegorz Lato zapewne śpi spokojnie bo Smuda go w żaden sposób nie zawstydzi(jak miał czelność czynić ten wstrętny, obyty Beenhakker), co nie oznacza, że wstydu nie przyniesie – ale to najwyżej w 2012, a o tym nikt jeszcze nie mysli. Na razie kadra Franza nie wygrała meczu, bramek strzela jak na lekarstwo, traci je z regularnością szwajcarskiego zegarka (może to już jakiś pierwszy sympom nowej jakości?), stylu nie ma żadnego, ale – jak mówi trener – to świetne doświadczenia i doskonała podstawa do dalszej pracy. Wszystkim to pasuje bo kadra gra dużo sparingów, a takie to zawsze swietna okazja na wycieczke w atrakcyjne miejsce albo chociaż na imprezke. W szczególności dla działaczy. A jak balują działacze to co mają robić zawodnicy? Jak kota nie ma to myszy harcują...każdy z nas był przynajmniej raz na takich koloniach. Stresu nie ma bo eliminacji nie gramy, a jak nie ma nerwów to i wesoło jest.
Piękna nasza Polska cała, najpiękniejsza...z lotu ptaka. Niebawem narodowe święto niepodległości – 11 listopada. Jeszcze Polska nie zginęła...póki my pijemy;)

Bezbarwny Inter...

Bezbarwna część sezonu dla mistrza kraju i triumfatora LM. Plaga kontuzji( ostatnio tylko - Maicon, Samuel, Stankovic, Milito, Thiago Motta, Cambiasso i Julio Cesar) rzuca podejrzenia na trafnośc cyklu przygotowań przed sezonem i rzuca cień na pomysł trenera Beniteza na kontynuacje sukcesów klubu. W chwili obecnej brak stylu, wyników oraz ciągłe urazy czołowych zawodników, każą mysleć raczej o najgorszym sezonie od lat. Wiele może się jeszcze zmienić bo straty nie są wielkie (w zeszłym sezonie Inter miał kilkanascie punktów przewagi w styczniu by wygrać mistrzostwo ledwie jednym) ale kibiców bardzo niepokoi stan obecny - drużynie wiele brakuje do charakteru drużyny Mourinho i ten stan może zagrozić utrzymaniu poosady przez hiszpańskiego trenera. Być może klopoty zdrowotne drużynie to efekt cieżkiego ubieglego sezonu, kiedy Inter zwyciężył w trzech konkurencjach, być może efektem mało efektownej i efektywnej dzialalności na rynku transferowym (zakup zawodników pokroju Biabany'ego czy Coutinho należy traktować jedynie w kategoriach przyszłościowych, pomimo przeblysków swietnej gry, zwlaszcza tego drugiego), być może ciągła rotacja w skladzie wymuszona kontuzjami nie sprzyja skutecznemu przyswojeniu wizji gry nowego selekcjonera, być może wyczepał się potencjał tego kolektywu, a trudno oczekiwać - nawet od prezesa Moratti'ego - stworzenia nowego super skladu w jeden sezon. Faktem jest, że Inter traci gole , nie gra tak twardo, zadziornie i skutecznie jak w zeszlym sezonie.
Tener Benitez sprawa wrażenie pana, który jedynie czego potrzebuje to święty spokój. Ponieważ kibice i prezes czekają na 20 mistrzostwo, może sie okazać, że Rafa Benitez spokju będzie musiał poszukć gdzie indziej. To tylko moje – kibica – dywagacje. Myslę, że w klubie znana jest przyczyna słabszej postawy zespołu, ba, postawy niesmacznie bezbarwnej. Inter w minionych sezonach przyzwyczaił do miażdżącej przewagi, w tym roku, za bezbarwnym mercato, idzie bezbarwny(choć z nazwiskiem) trener i takaż gra. Czy i kiedy nero-azzurri odzyskają koloryt? Oby szybko, bo szkoda byłoby nie widzieć ich konkurujących o laury z tegorocznymi faworytami. Obiecująco wygląda odradzający się Milan z ofensywą opartą na Ronaldinho, Robinho, Pato i Ibrahimovc’u (po roku w wymarzonej Barcelonie wrócił do Mediolanu – ciekawe jak gorąco przywitają go kibice Interu na derby. Mimo kilkudziesięciu goli i kilku mistrzostw, nie jest tam ciepło wspominany, a już za powrót do Mediolanu czerwono czarnego…powitanie będzie miał z pewnością gorące, piekielne wręcz). Duma Katalonii odnajduje swój zabójczy rytm, ale odradza się Real Mourinho, który na rynku transferowym podziałał w iście królewski sposób. "Czwartym do brydża" w LM jest w tym sezonie – moim zdaniem – Chelsea. Drugi z zeszłorocznych finalistów – Bayern, podobnie jak Inter – dziesiątkują kontuzje.MU nieprzewidywalnie nierówny w LM, na krajowym podwórku ustępuje The Blues nieznacznie. Karuzela ligowo-pucharowa kręci się dopiero drugi miesiąc. Oby do wiosny!